W kraju klonowego syropu

Rok 1985 był rokiem, w którym stał się cud.  Dostałam paszport!  Teraz, to oczywistość, ale wtedy – w komunie, to było coś zupełnie niewyobrażalnego.  Podróż „na koniec świata” czyli do Kanady, gdzie egzystował mój brat z rodziną, miała swój początek w Warszawie na Okęciu.  Dworzec lotniczy wyglądał przerażająco – jak ulice w stanie wojennym.  Brakowało jedynie gazów łzawiących i czołgów.  Kręciły się ekipy jakichś uzbrojonych po zęby i czarno odzianych komandosów.  Wystarczyło tam wejść, żeby poczuć się, delikatnie mówiąc bardzo niepewnie.

Zawsze byłam tchórzem i za granicę nie woziłam żadnej kontrabandy, więc pytanie celniczki czy wiozę futro, uznałam za żart i odpowiedziałam pytaniem na pytanie:  na lato?!  No i babsko zabrało się za gruntowne przeszukiwanie mojej wypchanej walizki, którą w domu ledwo dopięłam.  Miałam nauczkę, żeby na pytania odpowiadać krótko – tak albo nie.  Każde inne słowo mogło być użyte przeciwko mnie.  Po odprawie chwila odpoczynku i odlot.

Mój Boże, czym się to wtedy latało…  prawie jak na drzwiach od stodoły.  To był IŁ64 – starzec, produkt samolotopodobny, szczyt ruskiej myśli technicznej zlasowanej przez alkohol, który podczas projektowania maszyny wypili konstruktorzy.  Leciałam z Warszawy do Montrealu dziewięć godzin bez żadnych przesiadek!  Wylądowaliśmy  na lotnisku o wdzięcznej nazwie Mirabel.

Wstyd mi było za Ił-a.  Wyglądał przy stojących na płycie lotniska Jumbo-jetach jak bździnka mamuta.  Wstyd mi było przy budce Immigration Officer, gdzie nie umiałam wydukać jednego słowa po angielsku, a oficer machnął  ręką i powiedział o’key.  Wstyd mi było, kiedy w Montrealu, patrząc na stragan z owocami, rozpoznałam tylko banany i pomarańcze.  Jedyny raz w życiu, właśnie wtedy, wstydziłam się swojej polskości.  Z rozpaczliwie drobnymi „pocket money” przydzielonymi przez polski bank, czułam się jak uboga krewna.  Ściskałam je w spoconej z emocji dłoni i bałam się kupić mały kartonik mleka, bo nie miałam pojęcia kiedy i na co mogą mi się przydać.  W końcu odważyłam się.  Sklep był zawalony towarem.  Błyszczące, kolorowe opakowania.  Klientów jak na lekarstwo.  Nienormalnie, głupio, dziwnie i obco. Kupiłam.  Wypiłam to mleko jak ambrozję, z namaszczeniem, takie wydało mi się drogie.  Nie wolno przeliczać dolarów na złotówki…

To były bardzo przykre uczucia i mój Wielki Patriotyzm topniał z godziny na godzinę, a kiedy po dwóch dniach i trzech nocach jazdy autobusem Greyhound wysiadłam w Edmonton – stolicy prowincji Alberta, wyparował zupełnie.  Jego miejsce zajęła wściekłość – na tych, którzy w Jałcie przydzielili nas do strefy sowieckich wpływów, na uległych polskich komuchów, nawet na własnych kolegów, którzy w swojej „pracy” ściśle zgodnej z porzekadłem „czy się stoi czy się leży, tysiąc złotych się należy”, wspierali i legitymizowali ów okropny system.  Te destrukcyjne uczucia powoli ustępowały wraz z zagłębianiem się w rzeczywistość, w której tak nieoczekiwanie się znalazłam. A było co oglądać i trawić w bezsenne noce.  Czasem czułam się jak wąż boa, który trawi słonia.  Tak więc po kolei.

Pierwszy raz zobaczyłam prawdziwą Indiankę jeszcze w Montrealu.  Stałam w toalecie zapatrzona w klozetową muszlę, dziwiąc się, że jest zatkana i do połowy stoi w niej woda.  Weszłam do drugiej kabiny – to samo. W trzeciej też.  Dopiero po trzech próbach stwierdziłam, że muszle są w porządku.  To był po prostu taki typ – znakomicie pochłaniający straszliwe „zapachy” znane z polskich toalet publicznych.  Indianka przyglądała mi się uważnie i wyglądała na zdziwioną moimi peregrynacjami.  Pewnie pomyślała o mnie – biała, a głupia.  A ja o niej – czerwona, a mądra.  Wniosek prosty.  Kolor skóry nie świadczy o stanie umysłu…

Preria

Kiedy jechałam autobusem relacji Montreal-Edmonton, którejś nocy przerwano mi sen, bo autobus miał być umyty!  Też coś!  Kto to po drodze myje autobus?!  U nas w pekaesie byłoby to nie do pomyślenia!  Wysiadłam jak niepyszna i udałam się do przystankowego baru.  Kupiłam filiżankę kawy.  Straszna lura!  Ale dolewki skolko ugodno i za darmochę.  Suma dolewek dawała jedną filiżankę polskiej kawy.  Wyszłam z baru nabita tymi dolewkami jak ponton i pewnie nie mogłabym kontynuować podróży, gdyby nie toaleta w autobusie!  Szybko musiałam skorzystać.  Toaleta była wyłożona nierdzewną blachą i pełna uchwytów.  Istotnie, podczas jazdy rzucało od ściany do ściany.  Zbiornik wypełniony był pachnącym błękitnym płynem… Porównania kanadyjskiej rzeczywistości z polską były upokarzające i sprawiały niemal fizyczny ból.

Mijałam prowincję za prowincją, poczynając od francuskiego Quebecu, poprzez Ontario, Manitobę, Saskatchewan do Alberty.  Ontario piękne, pełne skałek i jezior.  Największe – Superior Lake – bezkresne jak morze.  Manitoba do wytrzymania, ale w Saskatchewan można mieć samobójcze myśli.  To decha do prasowania.  Pustać i płaścizna po horyzont.  Nawet krzaczka, żeby wzrok zawiesić.  Falujący ocean zboża.  Dopiero w Albercie zaczęły pojawiać się kępy drzew. Pod nimi polegiwały stada bizonów!  Wreszcie na horyzoncie zobaczyłam grupę szklanych drapaczy chmur.  To downtown Edmonton – kres podróży.

Pożegnałam polskich współpasażerów – pracowników wydziału botaniki University of Montreal, którzy zaopatrzeni w broń palną udawali się na Yucon, by zbierać okazy roślin.  Broń mieli w celach obronnych, w razie ataku niedźwiedzia grizzli.  Przylgnęli do mnie jak spragnione pijawki.  Na całą podróż.  Wiadomo, ciągnie swój do swego…  Przyznaję, że czasem byłam nimi bardziej zmęczona niż tą morderczą podróżą.   Ledwo ruszyliśmy w drogę zasypali mnie pytaniami o Polskę.  Od Montrealu do Ottawy ostrożnie udzielałam szczegółowego wywiadu.   A potem oni snuli opowieści z kanadyjskiego podwórka.  Natrząsali się z prowadzonych w telewizji rozmów administracji prowincji Quebec z indiańską starszyzną. Tonem nieukrywanej pogardy wypowiadali myśl, że indiańskich przebierańców traktuje się tu tak poważnie jak białych. Każde zdanie kończyli mniej więcej tak:  – Proszę pani, tu wszystko to zwykły kit.  Można się nabrać na towar w sklepie, na kredyt bankowy, na telewizję, na samochód – to zwykły kit.   A przecież wyjechali z kraju, bo za horyzontem zawsze jest coś lepszego… Psioczyli typowo po polsku aż do Ontario.  Zasnęłam. A w dzień wszystko zaczynało się od nowa…

Kiedy opuszczałam autobus wyglądałam jak odlew lotniczego fotela.  Brat, który przyjechał odebrać mnie z terminalu, z radości uniósł mnie na rękach i dopiero wtedy wróciłam do właściwego kształtu ciała.  Przy odbiorze bagażu zauważyłam brak jednej z dwóch walizek!  Szok.  Natychmiast stan euforii przemienił się w rozpacz.  Brat spojrzał na mnie ze zdziwieniem…(?)  Jego reakcja na moją tragedię wprawiła mnie w osłupienie.  Po pięciu latach pobytu w Kanadzie, zapomniał normalne polskie reakcje…  Chyba już był Kanadyjczykiem… Po raz pierwszy zamajaczył cień obcości.  Zgłosił zgubę tam, gdzie trzeba i pojechaliśmy do domu.  Nietknięta walizka znalazła się po południu.

Jechaliśmy jego skomputeryzowanym cryslerem na West End, mijając po drodze cukierkowe domy z bajecznymi ogrodami.  Wszystko wydawało mi się sterylnie czyste, niewyobrażalnie piękne.  Wkrótce zjawisko akceleracji bodźca sprawiło, że moja percepcja wydatnie spadła i powoli wracałam do równowagi.

Nadszedł czas obserwacji, porównań, oraz weryfikacji tego, co przed wizytą czytałam na temat Kanady, a w szczególności prowincji Alberta.  Olgierd Budrewicz tak pisał o Albercie lat osiemdziesiątych:

„Alberta, podobnie jak dwie pozostałe prowincje preryjne, nie ma własnego motta, choć nieoficjalnie brzmi ono: „robić pieniądze”.  Kraj pustawy, ale jakże bogaty!  Dwa miliony ludzi żyją na obszarze dwukrotnie większym niż Polska, z tego tylko pół miliona poza miastami.  Co roku przybywa tu 30-40 tysięcy obywateli, którzy chcą się wzbogacić.  Kraj ropy naftowej (85% produkcji całej Kanady), gazu (87%) i węgla (50%).  Rekordowo małe bezrobocie (4 %).  Klimat o wielkiej amplitudzie temperatur i opadów.  Trochę atrakcji turystycznych na czele z Banff, Jasper i Lake Louise…”

Wszystko to okazywało się prawdą. Mniej więcej jakieś 100 km na północ od Edmonton widziałam rytmicznie kiwające się naftowe żurawie. Ropa pochodziła z piasków bitumicznych. Jej odzyskiwanie było nadzwyczaj drogą technologią, więc ciągle się tam myślało o jej ulepszeniu.

Słynny albertański czarnoziem sprzedawany był na funty do miejskich ogrodów.  Zobaczyłam go z bliska w ogródku za domem.  Zauważyłam, że wbrew swojej nazwie miał kolor szary.  Fantastyczna bujność roślin i warzyw na grządkach, wstydliwie schowanych pośród kwiecia, świadczyły o jego niezwykłej żyzności.

Znalazłam w biblioteczce brata jakiś przewodnik po Albercie i ze słownikiem próbowałam zrozumieć co napisano na temat  rolnictwa.  Udało mi się zrozumieć, że albertańskie rolnictwo stoi na bardzo wysokim poziomie, że 8 milionów hektarów ziemi jest pod uprawą.  Działa 12 tysięcy farm.  Najlepsze farmy to komuny religijne prowadzone przez sekty hutterytów. Nie miałam wiedzy na temat hutterytów.  Zdobyłam ją przypadkowo.  Kiedyś z okna samochodu zobaczyłam idącego skrajem highwayu brodatego człowieka w czarnym kapeluszu z dużym rondem.  Dziwny to był widok.  Wtedy właśnie brat objaśnił mi w czym rzecz.  Nazwa „hutteryci” pochodzi od założyciela sekty Jakuba Huttera.  Sekta powstała na terenie Niemiec i Austrii.  Obowiązują tam prawa wyjęte z kart Biblii.  Ich farmy są supernowoczesne.  Sprzęt rolniczy jakim się posługują jest najnowszej generacji.  A oni sami w szesnastowiecznych strojach.  Gardzą filmem, radiem, telewizją, osobowymi samochodami, wszystkim tym, co ma służyć rozrywce.  Owszem, mają ciężarówki, ale one służą pracy, a nie przyjemności.  Hutteryci żyją w izolacji od albertańskiego społeczeństwa.  Nie biorą udziału w wyborach, nie składają żadnych przysiąg.  Małżeństwa hutterytów są wielodzietne.  Dziesięcioro dzieci, to zwykła rzecz.  Ich dzieci nie rodzą się w szpitalach, a wezwanie lekarza to ostateczność.  Tyle opowiedział mi brat.  Postanowiłam wiedzę na ten temat pogłębić po powrocie do kraju.  Tu nie miałam na to czasu.

Dzień po dniu przez półtora miesiąca, czułam się jak dziki człowiek, który nagle wprost z buszu znalazł się w metropolii.  Wszystko było inne – mowa, którą się tu porozumiewano,  cukierkowe domy z bajecznymi ogrodami,  sterylna czystość, spokój, który malował się na twarzach i ogromne jasne sklepy tonące w świecidełkach opakowań.  Rozmach, dobrobyt, rozpasany przepych, rozpusta.  Nie było widać zmęczenia na twarzach, żadnej walki o byt, nikt nie targał siat ze zdobytym prowiantem, nie było kilometrowych kolejek po toaletowy papier ani po soczki dla niemowląt… Tu się towaru nie „rzucało”.  Nie trzeba było o niego walczyć, ani go zdobywać. Towar po prostu był.  Leżał, zalegał, wylewał się, rzygał, panoszył, roznosił i rozpierał półki, sklepy, magazyny.  Nie wiadomo było tylko co z nim robić, jak go sprzedać, jak upchnąć, jak wmówić znudzonym klientom, nasyconym nim do mdłości, po czubek głowy, po dach domu.  Domu, który musieli ciągle zmieniać na większy i większy, by się to wszystko jakoś mogło choć na krótko pomieścić. Więc co chwilę widać było załadowane trucki przewożące dobytek miejskich koczowników, którzy nigdzie długo miejsca nie zagrzewali, bo stale robiło im się za ciasno. Już nie tylko dom za ciasny, już i truck za ciasny i trzeba kupić większy, już i ubranie za ciasne, bo przybyło nowych dwadzieścia kilogramów… Zadziwiał ten nieokiełznany nadmiar, absolutnie niemożliwy do skonsumowania.  Człowiek z buszu cierpiał na bóle głowy, które mogła uśmierzyć jedynie tabletka wielka jak koński zad. Najlepsze były noce, kiedy centra shopingu zamknięte, ludzie w swoich domach, nad głową granatowe rozgwieżdżone niebo, czasem falujące muśliny polarnej zorzy, a w dali słychać wycie kojotów.  Dobrze było wtedy iść nad rzekę i obserwować ruch pomarańczowej tarczy wschodzącego księżyca, bo on tylko był jakiś najbliższy w tym obcym świecie.  Pobratymcy z buszu, którzy osiedlili się w Edmonton bardzo się zmienili.  Myśleli i mówili inaczej niż kiedyś, inaczej się ubierali, inaczej jedli.  Wszystko robili inaczej.  Ale nie to było dla mnie najgorsze, tylko ta delikatna nutka protekcjonalizmu…  A może to moja nadwrażliwość kazała mi tak sądzić?

Rocky Mountains

Gdyby nie pomysł spędzenia długiego weekendu w Rocky Mountains (Górach Skalistych), chyba zaczęłabym się w końcu nudzić.  Jedyne prawdziwe góry jakie znam, to Tatry.  Nie wiem ile Tatr należałoby umieścić obok siebie, żeby otrzymać Rocky Mountains.  Chyba bardzo dużo. To górski ocean. Tak bezkresny, jak saskatchewańska preria.  Dzikość natury nieporównywalna z niczym, co dotychczas widziałam.  Zupełnie inne niż w Tatrach normy zachowania.  W Tatrach obowiązuje cisza, bo lawiny,  tu – hałas, bo niedźwiedzie.  Dzikie zwierzęta – kozice, muflony, wapiti, misie „Yogi”, kojoty, susełki i inna żywioła, najzwyczajniej w świecie łażą po campingach, których strzegą specjalni strażnicy. W Jasper każdy turysta otrzymuje pisemną instrukcję, jak ma się zachowywać w przypadku spotkania z dziką zwierzyną.  W Tatrach podobną instrukcję powinny dostawać żyjące na wolności zwierzęta… Trzy dni, podczas których przeważała jazda samochodem, to zbyt krótki czas, by móc coś więcej powiedzieć o tych niezwykłych górach.  Może tylko wypada dodać, że nie ma w nich górali!  Po drodze do domu ciepłe źródła i kąpiel.  Wspaniałe to uczucie, kiedy w przedwieczornym górskim chłodzie zanurza się ciało w ciepłej wodzie i stojąc w niej po szyję, poprzez unoszące się kłęby pary, spogląda na ośnieżone szczyty gór.  Dojeżdżając do Edmonton na poboczu highwayu zobaczyłam kwiatowy napis: „Have a nice day”.  O tak, to życzenie było bardzo na czasie, bo po tak imponujących górach miasto już nie fascynowało jak na początku.

Jest szczupak!

Na następny weekend zaplanowaliśmy wyjazd na ryby.  Mój brat zaproponował wycieczkę nad jezioro św.Anny.  To było święte jezioro Indian. Święte, nie święte, byle ryby brały – pomyślałam. Wyciągnął z piwnicy dwa dawno nie używane spinningi, w pobliskim sklepiku z wędkarskim sprzętem wykupił mi za pięć dolarów licencję na jeden dzień i pojechaliśmy, zabierając po drodze znajomego Kanadyjczyka – Petera.

Nad jeziorem przeszłam najkrótszy kurs posługiwania się spinningiem i mogliśmy wszyscy zacząć prawdziwe połowy.  Rzuciłam i powoli zaczęłam nawijać żyłkę na kołowrotek.  Może to nieprawdopodobne, ale mój pierwszy samodzielny rzut zaowocował pięknym, wielkim szczupakiem!  Ponieważ bałam się tej drapieżnej ryby, zawołałam na pomoc brata.  Wyciągnął błystkę z jej pyska i przyczepił rybę do brzegu na długim łańcuszku z agrafką, jak na smyczy.  Rzuciłam po raz wtóry.  Zwijając żyłkę znów poczułam, że coś mam.  Był  następny szczupak!  A niech to!  Tym razem brat się nieco ociągał, fukał coś pod nosem, że niby nie daję mu łowić, ale w końcu uczynił ze szczupakiem to samo co z poprzednim.  Rzuciłam trzeci raz.  To było nieprawdopodobne!  Był trzeci!  Ani jednego pudła!  Co rzut to szczupak!  Tym razem brat zapowiedział, że jest to ostatni złowiony przeze mnie szczupak, którego on odczepia z mojej wędki.  Nie pomylił się. Czwarty rzut nie był udany.  Splątała mi się żyłka z żyłkami indiańskich dzieciaków, które łowiły z mostu. Rozplątywanie zajęło sporo czasu.  Tymczasem mój brat złowił jednego szczupaka, a Peter, okrążywszy całe jezioro złapał jednego niewymiarowego i musiał wypuścić go z powrotem.  Zostałam królową połowów! Przyznaję, że było to jedno z moich najmilszych kanadyjskich przeżyć.

Zbliżał się koniec pobytu.  Rodzina zajęła się pracą.  Musiałam na własną rękę organizować sobie przedpołudniowy czas.  Wtedy wypuszczałam się w miasto.  A po pracy rodzina wodziła mnie po mieście jak dziecko we mgle. Pokazywali milionerskie dzielnice, jakieś malle handlowe przypominające miasta w mieście, jakieś piękne, rozległe parki, a ja, słynąca z gadulstwa, tylko milczałam, patrzyłam i słuchałam, a noce spędzałam  na niespokojnym przewracaniu się z boku na bok.  Krótko mówiąc byłam w permanentnym szoku.  Dla mnie wszystko było piękne, czarujące, zachwycające, urzekające, czyste, niedoścignione.  W takim anturażu, utyskiwania „moich”, że coś im się nie podoba, odbierałam jak świętokradztwo.  Miasto ze swoim przepychem i moim „zaszpuntowaniem” przytłaczało mnie coraz bardziej i bardziej.  Zaczęłam marzyć o powrocie do kraju…

***

Rok dziewięćdziesiąty trzeci.  Po ośmiu latach wizyta w Kanadzie po raz wtóry.  Różnice między wizytami okazały się kolosalne. Pierwsza polegała na tym, że wtedy mój syn był w Polsce, a teraz leciałam do niego…  Po drugie – paszport wyjęłam z szuflady!  Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że poprzednio, aby go dostać, musiałam stoczyć pełną upokorzeń walkę w biurze paszportowym.  Po trzecie –  nie było już PRL-u  lecz III Rzeczpospolita. Orłu założono złotą koronę. Międzynarodowy dworzec lotniczy na Okęciu nie był już stodołą.  Nie widziałam celników ani  uzbrojonych komandosów.  Samolot, to był Boening siedemset ileś, a nie IŁ65 .  Podróż komfortowa.  Lądowanie nie przyniosło wstydu. Dworzec lotniczy w Edmonton wydał mi się nieco brzydszy niż warszawski (sic!).  Na lotnisku nikt mnie nie witał.  Czekałam, popijając kawową lurkę z obrzydliwego tekturowego kubka.  Zjawili się w końcu  brat z bratową i mój syn z jakimś dziewczęciem u boku, które ściskało w dłoni bukiecik bratków pośpiesznie wyszarpanych z ogródka.  Tak się zaczynał mój dwumiesięczny pobyt…

Chinagate

Kontrast między Kanadą a Polską lat osiemdziesiątych był tak uderzający, że poprzednio dokonywałam swoich obserwacji jedynie przez pryzmat zachwytu.  Były wykoślawione, przesadne, często odbiegające od obiektywnej rzeczywistości.  Teraz patrzyłam trzeźwo i rozsądnie. Moich pobratymców z „buszu” cechował permanentny brak czasu, więc na ogół byłam zdana na własne siły.  Nie przypuszczałam, że mam ich tak wiele.  Radziłam sobie znakomicie z nadmiarem czasu, z językiem, z zakupami, ze zwiedzaniem miasta autobusami, metrem, a najczęściej per pedes.  Znajdywałam ulice, na których nie było chodników dla pieszych!  Po miesiącu penetrowania miasta znałam je na pamięć, lepiej niż niejeden Edmontończyk.  Docierałam do jego brudnych rewersów, których poprzednio w ogóle nie zauważałam.  Snułam się po dzielnicach „zbrodni i kary”, gdzie w oknach nędznych restauracyjek można było dostrzec napisy: „wchodzenie z nożem zabronione”, gdzie co krok prostytutka, transwestyta, homoseksualista.  W Chinatown oglądałam „sklepy cynamonowe” jak z  Schulza.  Były pełne najdziwaczniejszych rzeczy do jedzenia, które ruszały się, łaziły, pełzały, pływały.  W herbaciarni stary Chińczyk maczał w czarce herbaty dwa długie, cieniutkie pasemka wąsów.  Głowę miał wygoloną, tylko pozostawione pasmo na czubku głowy zaplecione było w cieniutki półmetrowy warkoczyk.  Chinatown pozostawiło wrażenie chaosu i brudu.

Dla zbalansowania doznań zapuszczałam się w dzielnice milionerskie. Najznakomitsza nazywała się Glenora. Tu domy kryły się za szczelnymi płotami z cedrowego drewna.  Przez szpary dostrzegałam architektoniczne cacka i kompletne bezguścia zbudowane za nieprawdopodobnie wielkie pieniądze. Za to zieleń była gustowna. Bo zieleń po prostu inna być nie może.  Była pyszna, piękna, soczysta i bujna.  Trawniki wyglądały jak niezwykle miękki, zielony welur, bez jednego mlecza, stokrotki, bez śladu chwastu.  Może przez to właśnie nieco nudnawe.  Nie ma to jak białe stokrotki lub żółte słońca kwitnących mleczów na tle soczystej zieleni…  Często widziałam prawdziwie  syberyjskie dorodne brzozy, świecące z daleka nieskazitelną bielą wspaniale rozgałęzionego pnia.  I świerki, świerki  – ciemne, srebrzyste, symetryczne.  Czasem jarzębiny niemal kapiące ogromnymi dojrzałymi owocami.  Kwiaty przed domami jak malowane, sadzone dłońmi obowiązkowo w ogrodniczych rękawiczkach, by nie zetrzeć tych wszystkich marek – Estee Lauderów, Pond’sów, którymi ciągle są smarowane oraz, by nie zbeszcześcić długich lakierowanych pazurków.  Bezpośredni kontakt z ziemią jest dobry dla Indianek.

Uderzająca była cisza.  Absolutna.  Dzwoniło w uszach.  Czułam się tak, jakbym się tam znalazła po wojnie nuklearnej, w której wszystko wymarło na popromienną chorobę – ludzie, psy, koty, ptactwo i owady.  Słyszałam jedynie własny oddech, własne kroki i bicie własnego serca, do którego wkradł się smutek, bezbrzeżna pustka, uczucie potwornego osamotnienia.

Najlepiej czułam się w najstarszej dzielnicy Edmonton – Strathconie, znajdującej się w południowej części miasta.  Pełno tu było rozgadanej i wesołej młodzieży oraz studentów z pobliskiego uniwersytetu.  Po obu stronach Whyte Avenue usadowiło się dziesiątki małych sklepików, kafejek,  nawet polski rzeźnik, u którego zaopatrywałam się w „one hundred grams of polish ham”.  W Strathonie był też Farmers Market, w którym w soboty przyjezdni farmerzy sprzedawali nieprawdopodobnych rozmiarów warzywa wypasione na albertańskim czarnoziemie  –  dużo drożej niż w mieście…  Były piwniczki, w których wieczorami „robiło się” bluesa, były tandetne galeryjki promujące sztukę młodych artystów. Był gwar, ruch i życie.  Swojsko.

Jeśli idzie o sztukę, stwierdziłam, że daleko odbiega od sztuki europejskiej.  Na wystawie malarstwa w muzeum na Churchill Square znajdowały się obrazy, na których widniały stada wściekłych wilków ze świecącymi ślepiami. W Europie taki obraz uznano by  za straszliwy kicz. Znajoma rzeźbiarka polskiego pochodzenia – Roma Yuca  (prawdziwa wnuczka Michała Drzymały) zabrała mnie do downtown, gdzie w budynku typu „loft” poszatkowanym ściankami działowymi, wynajmowali pomieszczenia na pracownie edmontońscy plastycy.  Szczególnie interesowało mnie co tutaj malują.  Krótkowłosa tleniona malarka, z niczym nieuzasadnioną dumą pokazywała mi  bardzo realistycznie namalowane lwy i tygrysy oprawione w owalne, przesadnie ozdobne, złote ramy.  Esencja złego smaku!  W innych pracowniach to samo. Chciało mi się wyznać swoje myśli, ale tylko się uśmiechałam.  W Kanadzie wszyscy się uśmiechają, przez co uśmiech nic szczególnego nie oznacza.  Tu uśmiech jest czysty i od rana do wieczora nie traci nic ze swej rzetelnej nijakości.  Wizyta była jednak pouczająca – zrozumiałam, czego malować nie należy. Handlowe giganty typu „mall”, którymi poprzednio byłam zachwycona, teraz omijałam z daleka.  Są upiornie męczące.  Gigantyczna oferta towarów ogłupia i dekoncentruje, powodując, że kupuje się wiele rzeczy niezaplanowanych i niepotrzebnych.  I chyba taki jest ich cel.  Szczęśliwie przed niekontrolowanymi zakupami chronił mnie permanentny brak pieniędzy.

Gigantki

W kanadyjskich restauracjach się nie je. Tam się człowiek potwornie objada.  W Foody Goody za 5$ można siedzieć i jeść do oporu.  Na początku człowiekowi odpalają ślinianki, ale już po chwili podniebienie ma jak z folii, przestaje odróżniać smaki i ma wyraz twarzy gastrycznie niedysponowanego baseta.  W innych restauracjach sztandarowy steak oznacza jednoosobowe danie mięsne dla… dziesięciu osób.  To kawał pieczonego lub smażonego mięsiwa, obłożony stertą jarzyn, frytek i przyłożony czosnkową grzanką wielką jak czapa chorego na wodogłowie.  Nic więc dziwnego, że mniej więcej co dziesiąty Kanadyjczyk z Edmonton, to blisko dwustukilogramowy gigant ciągnący za sobą zdegenerowany łańcuch DNA.  Cielsko giganta wylewa się ze spodni, drżąc niczym na wpół stężała galareta.  Widok przerażający, skłaniający nie tylko do drakońskiej diety, ale do poważnych przemyśleń na temat przyszłości gatunku ludzkiego. Stąd przemysł spożywczy i fitness clubs stanowią swoiste, wzajemnie napędzające się perpetuum mobile.

Lake Louise

Tym razem udało mi się namówić rodzinę do trzech wycieczek poza miasto –  na „okienno-samochodową” turystykę w Rocky Mountains, do Drumheller  i do indiańskiego rezerwatu.  Pierwsza z nich, w stosunku do tej z 85 roku była nieco lepsza, bo przez pół godziny chodziłam na własnych nogach po olśniewająco pięknym i oślepiająco białym lodowcu – Athabasca Glacier, a potem, gdy mój kierowca padł ze zmęczenia na kierownicę udało mi się do połowy przemierzyć szlak biegnący wokół szmaragdowo-turkusowego Lake Louise, po którym bezszelestnie sunęły łupinki canoe.

Hoodoos

Następna wycieczka do Drumheller, do Doliny Dinosaurów. Dolina ma też drugą nazwę, pochodzącą od indiańskich petroglifów i piktogramów pokrywających piaskowce – Park Pisany Na Kamieniu.  Bardzo dziwne miejsce.  Płaskowzgórza z miękkiego piaskowca, w których wiatry i deszcze wyżłobiły przepiękne reliefy i sterczące kolumny hoodoosów z grubymi trzonami i płaskimi głowicami,przypominające kolumny zburzonych świątyń.

Wedding

W tej zupełnie surrealistycznej scenerii fotografowały się ślubne pary, jakby od pierwszego dnia chciały odrealnić swój związek.  Na ich samochodach wisiały obwiedzione czarną linią tabliczki z czarnym ozdobnym napisem „Just married”, żywo przypominające polskie klepsydry.  Cmentarnego wrażenia dopełniał bukiet pewnej panny młodej utkany długimi wąsami najprawdziwszego bluszczu!  Co kraj to obyczaj…

Cmentarz w Faust

Bardzo interesująca była wycieczka do rezerwatu Indian Cree w Faust, w pobliżu Lesser Slave Lake (Mniejszego Jeziora Niewolniczego). Osadę tworzyło kilkanaście bardzo ubogich domków, w niczym nie przypominających bombonierek z Edmonton. Te biedne domki oraz trailery na obrzeżach osady, zamieszkałe przez najuboższych, obskurna restauracyjka prowadzona przez dwóch młodych Indian, jedyny sklepik typu „mydło i powidło”, kościół, cmentarz i nieco przyzwoitsza, drewniana chata szamanki Rose Auger, to całe Faust.

Dom szamanki w Faust

W kałużach brodziły bose, zasmarkane dzieci i pokurczowate kundle.  Przerażająca bieda. Wierzyć mi się nie chciało, że to też była Kanada….     Na tym pustkowiu nie było pracy.  Tylko niewielu Indian z osady żyło z rybołówstwa lub pracowało przy wyrębie lasów.  Reszta przepijała zasiłki wypłacane przez kanadyjski rząd.  Przygnębiające wrażenie potęgował szelest „blaszanych” liści białych topól.

Sauna modlitewna

Opuszczałam to na pewno niejedyne, wstydliwe miejsce Kanady, żegnana papierzyskami porywanymi wiatrem z estrady po niedawnej uroczystości powwow.  Wszystkie zdjęcia z rezerwatu robiłam z ukrycia.  Indianie uważają, że fotografowanie odbiera im duszę.  Ponieważ szamanki nie było w domu, zwiedziłam podwórko.  Stał tam namiot tipi i modlitewna sauna.

Taki jest z grubsza mój obraz Kanady.  Myślę, że nikt nie potrafi powiedzieć jaka ona jest naprawdę.  Producenci filmów o tematyce kanadyjskiej z Hollywood, wyprodukowali stek bujd o tym kraju.  Większość ich „dzieł” opowiadała bajeczki o Indianach, Eskimosach, konnej policji, Klondike i o budowie linii kolejowej Canadian Pacific.  Dali nam melodramatyczną papkę, która do dziś pokutuje w naszych umysłach.  Jest to kraj niewyobrażalnych przestrzeni, rozpasanej i niezwykłej, przepięknej przyrody.  Mozaika narodowościowo kulturowa. Nie sposób znaleźć w tym wszystkim jakiegoś wspólnego mianownika. Dlatego każdy ma zupełnie inny obraz tego kraju, obraz zależny od miejsc, w których przebywał, od ludzi, z którymi się zetknął.  A możliwości jest nieskończenie wiele…deadlinedeadlinedeadline

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php