Igraszki z Fortuną

Był stary, zapyziały PRL.  Wielki Brat trzymał nas za pysk, utrzymując na naszych terenach potężne jednostki wojskowe, które w razie niesubordynacji miały zaprowadzić porządek. Można było swobodnie podróżować jedynie do państw bloku socjalistycznego.  Reszta krajów świata – verboten!  A nuż zobaczyłoby się jak można żyć…  Blok socjalistyczny nie był tak jednolity jakby się można było spodziewać.  In plus wyróżniały się Węgry, Czechosłowacja  i NRD, in minus Rumunia, Bułgaria i ZSRR.  Polska znajdowała się mniej więcej po środku.

Biuro podróży „Orbis” – jedyne jakie istniało, oferowało atrakcyjne wycieczki do stolic bloku oraz wczasy nad Morzem Czarnym i nad Balatonem.  Proponowało także wyjazdy indywidualne z zakwaterowaniem u osób prywatnych.  Dziś zastanawiam się co to były za osoby…  Kiedyś właśnie skorzystałam z ostatniej oferty „Orbisu” i z bratem, który dysponował samochodem, udałam się indywidualnie do Budapesztu.  Wykupiliśmy w banku przydziałowe 1500 forintów na osobę oraz kupony uprawniające do konsumpcji w budapeszteńskich restauracjach ujętych na dość długiej liście.

Do podróży przygotowałam się jak należy.  Najpierw przestudiowałam dokładnie książkę Olszańskiego „Budapeszteńskie ABC”, a następnie „zdobyłam” rozmówki węgierskie.  Odłożyła mi je pracująca w księgarni matka mojego ucznia.  „Rozmówki” przyprawiły mnie o lingwistyczną czkawkę.  Język węgierski, należący do grupy języków ugrofińskich jest niepodobny do żadnego ludzkiego języka.  Zupełnie jak z innej planety.  Całą drogę na Węgry poświęciłam na wkuwanie gotowych zwrotów, patrząc na podaną w nawiasach fonetykę.  Zapas pojedyńczych słówek przywiozłam z poprzedniego roku znad Morza Czarnego, gdzie na plaży poznałam węgierskie małżeństwo Kovaczów z Esztőrgőm.  Od nich to dowiedziałam się, że mieszkam nad Balti tenger  (morzem Bałtyckim), że nie jem jajka lecz tojas (czytaj tojasz) i nie łyżeczką, a kanalem.  Lengyellországból  jőttem, nem értem magyarul (czytaj: Lendjelorsagboul jottem, nem irtem madiarul – przyjechałam z Polski, nie rozumiem po węgiersku), to podstawowy, najczęściej używany zwrot, który pamiętam do dziś.

Kiedy czułam, że od powtarzania słownych wygibasów drętwieje mi język, przerzucałam się z ulgą na studiowanie książki Olszańskiego.  Muszę przyznać, że była nadzwyczaj interesująca i Bogu dzięki nie trąciła politycznym smrodkiem. Po prostu opisywała Budapeszt i jego wszystkie uroki.  Czytając, miało się pewność, że autor zna i kocha Węgry, a w szczególności ich przepiękną stolicę.  To nie był przewodnik, ani beadeker.  To była urocza opowieść, z którą można było chodzić po Budapeszcie bez żadnej mapy czy planu i wszędzie trafić.  Dzięki niej można też było z pamięci recytować historię niemal każdego architektonicznego obiektu, związane z nim anegdoty i ciekawostki.  W tej znakomitej książce wyczytałam opowieść o restauracji „Fortuna”, znajdującej się na wzgórzach Budy na Starym Mieście.  Olszański twierdził, że nazwa owej restauracji prawdopodobnie pochodzi stąd, że fortunę można w niej stracić, bo serwuje się tam potrawy w widowiskowy sposób, co znacznie podnosi ich ceny.  Pomyślałam, że nam nie grozi utrata fortuny, bo jej po prostu nie mamy i opowieść o restauracji „Fortunie” zepchnęłam w głębokie czeluście podświadomości.

Polacy, którzy znaleźli się w Budapeszcie charakteryzowali się tym, że zwykle natychmiast, na początku pobytu, całymi tabunami, z obłędem w oczach, pędzili na złamanie karku do domu towarowego „Skala” na zakupy.  Tam wydawali cały swój przydziałowy „szmal”, a potem można było ich spotkać na ulicach, snujących się bez celu i liczących dni do wyjazdu, z wyrazem strasznej nudy na szarych obliczach.  Co bardziej cwani rodacy jakimś cudem spieniężali kupony żywieniowe, co uatrakcyjniało ich pobyt w Budapeszcie o jeden dzień spędzony w domu towarowym.  Kiedy dziś wspomnę te widoki, robi mi się mdławo.  Nasz pobyt miał zupełnie inny charakter.  Ponieważ lista restauracji i cukierni, w których realizowano kupony była bardzo długa i nader atrakcyjna, stwierdziliśmy, że nie wystarczy nam czasu, by zaliczyć wszystkie, nawet gdybyśmy odwiedzali je trzy razy dziennie.  Poza restauracjami tyle było do zwiedzania, że im mogliśmy poświęcić nieco cennego czasu zaledwie raz na dzień.  Wybieraliśmy zatem najbardziej ekskluzywne.  Pomimo to zasób kuponów zmniejszał się zastraszająco powoli i zachodziła obawa, że nie wykorzystamy go do końca.  Wprawdzie można było je przywieźć z powrotem do kraju i wymienić w „Orbisie” na złotówki, ale nie o to przecież nam chodziło.  Pod koniec pobytu mieliśmy jeszcze z pół bagażnika kuponowej makulatury i wtedy z mrocznych czeluści podświadomości wychynęła i zajaśniała cudownym blaskiem rozpusty słynna restauracja „Fortuna”!  Uważnie sprawdziłam, czy ujęto ją na liście.  Była!

Stare Miasto wznosi się na malowniczych wzgórzach Budy na przeciwnym do Pesztu brzegu Dunaju.  Obie części miasta spina sześć hid-ów czyli mostów.  Te hid-y to prawdziwe hity.  Szczególnie wiszący Erzėbėthid  czyli most Elżbiety oraz Lánchid – most łańcuchowy.  Pojechaliśmy z Pesztu przez Lánchid wprost pod długi tunel wydrążony w Górze Zamkowej i oświetlony sodowymi lampami.  Zaparkowaliśmy  samochód na obrzeżach Starówki i dalej poszliśmy pieszo.  Było ciepłe popołudnie. Słońce odbijało się w granatowych lustrzanych szybach Hiltona i majolikach dachu kościoła św. Macieja.  Nie śpiesząc się i zaglądając po drodze na urzekające swoim pięknem podwóreczka, z których każde stanowiło swoiste muzeum, doszliśmy w końcu do naszej wybawicielki „Fortuny”.  Przed wejściem puszył się w swojej liberii cerber i byle kogo nie wpuszczał. Chyba tylko gości z pobliskiego Hiltona – Niemców (oczywiście zachodnich) i Austriaków.  Nie wiem jak rozpoznawał kto jest kim, ale czynił to bezbłędnie.  Ocenił nas na demoludków i powiedział, że miejsc nie ma.  To mnie zabolało!  Wręcz ugodziło prosto w serce!  Jak to?!  „Polak – Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki”, Jan III Sobieski, papcio Józef Bem, a tu nie ma dla nas miejsc?!!!  Płynnie po węgiersku wypowiedziałam wykuty na pamięć zwrot: „Lengyellországból  jőttem, nem értem magyarul”. To było świetne zagranie – va bank!  Zagranie magiczne!  Cerber natychmiast zmienił wyraz swojej maski, uśmiechnął się promiennie i ze słowami tessėk, tessėk (czytaj teszszyjk – proszę) zaprosił nas do środka i ulokował przy jedynym wolnym stoliku w pobliżu orkiestry.

Odetchnęłam z ulgą i poczułam się przez chwilę jak ktoś zza żelaznej kurtyny.  „Fortuna” bowiem wypełniona była doborowym towarzystwem. Mogłam podziwiać piękne toalety pań, rozkoszować się zapachem pierwszorzędnych francuskich perfum, popatrywać na wykwintne potrawy na sąsiednich stolikach. Subtelny szmer rozmów nikł w nienatrętnych dźwiękach muzyki, wykonywanej przez znakomite trio, między stolikami bezszelestnie przemykali kelnerzy w czarnych frakach, a  ober uważnie czuwał nad całością.  Wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku.  Przy naszym stoliku natychmiast, zupełnie jak spod ziemi, wyrósł kelner od win.  Każdy kelner był tam „od czegoś” i nie znane było pojęcie „rewiru”.  Zamówiliśmy czerwonego Pinot Noir.  Następny kelner zmienił na czystą popielniczkę, zawierającą dosłownie jeden niedopałek!  Po chwili zjawił się inny, by przyjąć zamówienie na potrawę.  Podał kartę i cierpliwie czekał, gotów w każdej chwili służyć pomocą (?).  W karcie nie rozumiałam ani słowa, bo wszystko było napisane po węgiersku i przy potrawach nie zauważyłam cen.  Pomoc kelnera na nic by się nie zdała, więc nie dawałam nic po sobie poznać.  Wszak restauracja słynęła z widowiskowości! Jak widowisko, to widowisko!  Jak się bawić, to na całego!  Z miną wytrawnej pokerzystki, takiej co to na niejednym stoliku grała, przejechałam palcem po karcie i obstawiłam pierwszy lepszy zestaw.  Kelner uśmiechnął się z wielką, ogromną i niespotykaną czułością, co natychmiast wzięłam za dobrą monetę.  Pozwalało mi bowiem sądzić, że wybrałam znakomicie.  Nie zdążyliśmy przełknąć pierwszego łyka wina, gdy pod nasz stolik zajechał wóz, a na nim mnóstwo rozmaitych surowych warzyw, surowych mięs i najprzeróżniejszych ingrediencji.  Wóz przyprowadził surowy kelner z zabójczym czarnym wąsikiem.  Pomyślałam, że za chwilę każe nam jeść surowe mięsa i inną surowiznę w widowiskowy sposób czyli wprost z wozu.  Nie kazał.  Rozpoczął przemowę.  Oczywiście po węgiersku.  Po jej długości można było się domyślić, że opowiada historię upraw węgierskiej papryki od czasów dynastii Arpadów po dzień dzisiejszy oraz sposoby pozyskiwania baraniego mięsa, które aktualnie wypasa się na węgierskiej puszcie.  Kwiecista przemowa malowniczo uwąsionego kelnera trwała dostatecznie długo, by ludzie z sąsiednich stolików zaczęli obracać głowy w naszym kierunku, węsząc jakieś widowisko.  Musiałam spić pół butelki wina, by jakoś to przetrwać.  Policzki coraz bardziej mi kraśniały, już nawet chciało mi się śpiewać czardasze, kiedy kelner poruszył wąsikiem niczym Wołodyjowski i… odjechał z całym majdanem.

Trudno było powiedzieć czy już po wszystkim i należy się zbierać do wyjścia, czy też jest to dopiero początek.  Niebawem słuszną okazała się druga teza. Był to zaledwie początek widowiska, na które w karcie dań wskazał mój własny durny palec, z natury rzeczy dość odległy od rozumnej głowy.  Tymczasem zaczął nam doskwierać głód i nie pozostawało nic innego niż zamówić następną butelkę wina, aby go nieco zagłuszyć.

Nie zdążyliśmy przełknąć pierwszego łyka z drugiej butelki, gdy na salę wjechał następny wóz, pchany przez zupełnie innego, smagłego i czarnookiego kelnera.  Wóz zmierzał do naszego stolika!  Zaopatrzony był w gazową kuchnię, piękne srebrne pojemniczki z przyprawami, ogromną patelnię oraz to, co było na wozie numer jeden, który zaledwie przed chwilą wypchnął na zaplecze restauracji węgierski plagiat Wołodyjowskiego.  Zauważyłam, że budzimy już ogólne zainteresowanie gości. Ten fakt zupełnie mnie nie speszył, ponieważ nie byłam już całkiem trzeźwa…  Czarnooki przechodził siebie.  Pichcił, smażył, dopiekał, przewracał, doprawiał. Podczas tych czynności, które nicowały nasze skurczone żołądki, snuł piękną węgierską opowieść,  przewracając czarnymi jak węgle ślepiami.  Już wydawało się, że potrawa jest gotowa, gdy na chwilę przerywał, cichł, głęboko się zamyślał, skupiał, by po chwili wielkiego namysłu dosypać mikroskopijną odrobinę przyprawy, jakby to ona właśnie miała zadecydować o absolutnej doskonałości smaku.  Powtórzył ten rytuał kilkakrotnie i za każdym razem robił się coraz mniej podobny do kelnera, a coraz bardziej do starożytnego filozofa.  Wreszcie jak przez mgłę (byłam już kompletnie pijana) zobaczyłam przed sobą nieprawdopodobnych rozmiarów talerz napełniony po same brzegi widowiskowo wykonaną potrawą.  Sprawdziłam czy nie jest to gastronomiczna fatamorgana,  następnie mocno chwyciłam sztućce, szczęśliwa, że wreszcie mogę przystąpić do wykwintnej konsumpcji, gdy nagle w całej restauracji zgasło światło!  Odruchowo chwyciłam za torebkę i jednocześnie za talerz, bo poza kuponami i listą, były to dwie najcenniejsze rzeczy jakie miałam.  Nie można powiedzieć – komuna ze swoimi wyłączeniami prądu w najbardziej nieodpowiednich momentach też była widowiskowa…  Tak właśnie pomyślałam, kiedy nagle szeroko otworzyły się drzwi i do sali wypełnionej zdezorientowanymi gośćmi wbiegł jak wprost z puszty, z czarną rozwianą grzywą włosów, piękny młodzieniec.  Odziany był w białą obfitą, wpuszczoną w obcisłe czarne spodnie koszulę z szerokimi rękawami, a w ręku dzierżył płonącą szablę z nanizanymi nań kawałkami mięsa.  Spektakl istotnie był wspaniały i z zazdrością oraz zawiścią pomyślałam, że jakiś Niemiaszek wiedział co wybrać z karty dań.  Nie to co ja…  Cichutko westchnęłam i oczy mi się zaszkliły.

Tymczasem urocze chłopię obiegło wokół całą restaurację i powróciło… do naszego stolika!!!  W jednej chwili zazdrość i zawiść przerodziła się w przerażenie!  Nie, nie, nie z powodu ognia.  Z powodu ceny!  Natychmiast wytrzeźwiałam…  Już w kryształowo czystej świadomości, obserwowałam końcówkę widowiska.  Młodzian zdmuchnął płomień i specjalnym widelcem zsuwał z szabli na nasze talerze kawałeczki cygańskiej pieczeni, każdy przy tuszu orkiestry.  Restauracyjni goście patrzyli na nas z zazdrością i zawiścią tak, jak przed zaledwie chwilą ja patrzyłam na nich.   Życie często nas zaskakuje…  Nie pozostawało mi nic innego jak robić dobrą minę do złej  gry.  Przystąpiłam zatem do konsumpcji z miną angielskiej królowej, która niejeden taki spektakl w życiu widziała i nic nie może jej zadziwić. Szczególnie w niemiecką stronę sali, od czasu do czasu posyłałam powłóczyste, lekko protekcjonalne spojrzenie monarchini, trzymając głowę w pozycji, która miała zapobiec zsunięciu się domyślnego diademu nabijanego skrzącymi się brylantami.  Goście śledzili każdy mój ruch, zastanawiając się zapewne kim jestem, skoro stać mnie na tak szaleńcze gastronomiczne wybryki.

Do samego końca nie wypadłam z roli.  Nawet wtedy, gdy kelner we fraku i białych rękawiczkach złożył na stoliku srebrną tackę z odwróconym i dyskretnie przykrytym białą serwetką rachunkiem, znikając natychmiast i bezszelestnie.  Kiedy niedbałym ruchem i z lekko lekceważącym uśmiechem drgającym na zbielałych ustach, przełykając własne serce, odwracałam ów wyrok śmierci, musiałam wyglądać tak godnie, jak Maria Antonina podążająca na szafot.  Nikt nie miał prawa dostrzec nawet cienia tego, co działo się w mojej biednej głowie.  Rachunek opiewał na cały przydział czystych, żywych forintów, które już dawno zostały wydane!!!  Rzecz w tym, że nie miałam stuprocentowej pewności czy wystarczy nam kuponów, których nadmiar tak niedawno mnie martwił.  Utracjuszowski pomysł był mój i ja musiałam spić całą „śmietankę”!  W głowie mojego brata musiały przewalać się podobne myśli, bo w popłochu, który również nie mógł odbić się na jego twarzy, zaczął pod stolikiem odliczać papierki ze strasznym, wypisanym wielkimi czarnymi literami słowem CUPON.  Tylko ja mogłam zauważyć drgnienia kącików ust, które mówiły, że wszystko jest w porządku.  Brat niezwykle zręcznym ruchem wytrawnego cyrkowego magika umieścił odliczony plik nieszczęsnych kuponów na srebrnej tacce i dyskretnie przykrył go białą serwetką.  Myli się ten, kto myśli, że było po wszystkim.  Ja też się myliłam. Otóż po paru minutach naszych zmagań i trzymania pozy, zjawił się czarny frak, z szarmanckim ukłonem zabrał tackę i  nie sprawdzając jej zawartości wyszedł z sali.  Nie przeczuwając niczego złego zaczęliśmy się powoli zbierać do wyjścia.  Czułam, że jeszcze chwila a wypadnę z roli królowej Albionu i wrzasnę z radości na całą salę, jak jakaś demoludka, budząc ogólne zdumienie swoją nagłą przemianą.  Ledwie pociągnęłam zbielałe usta pomadką, wkroczył na salę kelner od rachunków i zatrzymał się z tacką przy naszym stoliku.  Skłoniwszy się, postawił tackę przykrytą białą serwetką na stolik i bardzo dyskretnie, stale się uśmiechając, szepnął:  Nem cupon.  Nem znaczy „nie”!  Dla nas oznaczało to wysoką grzywnę z zamianą na kilkumiesięczny areszt!  Jeśli nie możemy zapłacić kuponami, to czym?!  Przypominam, że brylantowy diadem był tylko domyślny…

Mój brat zachował jednak zimną krew.  Z uśmiechem-fałszywką na twarzy, wręczył kelnerowi listę restauracji objętych „kuponizacją”. Kelner z uśmiechem-fałszywką na twarzy, dyskretnie przykrył listę białą serwetką  i wyszedł na zaplecze.  Jedynie owa lista nie była fałszywką, ale tego wieczoru mogłam zwątpić we wszystko…  Nie wiem co się działo na zapleczu „Fortuny”.  Domyślam się jedynie, że czyniono skomplikowane ekspertyzy, wykonywano szereg telefonów, wzywano na pomoc ekspertów i pogotowie ratunkowe, zanim z całą pewnością nie rozpoznano potwornej siły nabywczej kuponów, których tu w „Fortunie” nikt dotąd na oczy nie widział.  Wszystko to odbyło się błyskawicznie.  Minuta dłużej mogła kosztować dwa zawały serca przy stoliku obok orkiestry.  Tym razem kelner wkroczył z najprawdziwszym uśmiechem na ustach, cały gnąc się w ukłonach przeprosił nas uprzejmie i widowisko zakończyło się happy endem.  Kiedy znaleźliśmy się na ulicy, poczułam, że po plecach spływa mi zimna strużka potu…deadlinedeadline

2 komentarze to “Igraszki z Fortuną”

  1. Andrzej Urbański | 16 czerwca 2011 o 17:26

    Przeczytałem powtórnie z wielką przyjemnością. Powtórnie, bo historię tą z wielką satysfakcją wysłuchałem kiedyś od samej Autorki. Narracja znakomita. Pełna humoru i horroru zarazem.
    Pisz Haniu, pisz. Zaczynałaś kiedyś pisanie wspomnień „ze szkolnej ławy” ale po pierwszym odcinku odczytanym nam na klasowym zjeździe przed laty dalszego ciągu nie było. Szkoda.
    Kolega z klasy.

    • Hania | 16 czerwca 2011 o 21:01

      Kolego z klasą! Zaczerpnę zdanie ze wspomnień „ze szkolnej ławy” i powiem, że „splendor spływa ze mnie jak lukier z wielkanocnej baby”. Dziękuję bardzo za wyrazy uznania. Moi Czytelnicy muszą narazie zadowolić się opowieściami z witryny, bo właśnie (po dwóch latach) skończyłam pisanie sagi rodzinnej. Muszę odsapnąć.

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php