Bułgarska gościnność

Niewiele pamiętam z tej podróży.  No bo cóż jest do pamiętania, kiedy tysiące kilometrów pokonuje się autem nienajlepszej klasy, „zwiedzając” przez okno mijane obiekty i widoki, które choćby najpiękniejsze w końcu   śmiertelnie nużą i usypiają.  Nawet najkrótszy i najbardziej prozaiczny postój jest wtedy ekscytujący. Jeden z nich utkwił w mojej pamięci.

To było w Rumunii.  Droga jak przystało na rozległe, puste równiny była prosta i nudna.  Daleko od niej, wytężając wzrok, można było dostrzec małe wioski, które zupełnie nie przypominały polskich.  Waham się nawet nazwać je wioskami.  Były to raczej sioła czy przysiółki.  Ot, parę bardzo niskich lepianek z gliny i łupka, choć nie dam głowy, czy nie były to wysuszone placki krowiego łajna.  Grupki lepianek przypominały stadka kuropatw przytulonych do siebie, jakby bały się rozproszenia w bezkresie pól.  Pola uprawne i nieużytki leżały jak kolorowe płachty na równinie i tlały w gorącym słońcu.  Z rzadka widać było jakieś samotne drzewo, w cieniu którego na rozłożonych – pożal się Boże – szmatach siedziała zwykle gromadka wiejskich kobiet w słomkowych kapeluszach z wielkim rondem, przytrzymywanych czarną tasiemką związaną pod brodą.  Mężczyzn nie było.  Czasem tylko jakiś bezzębny dziadźka swoją innością ożywiał krąg kobiet .

Jechaliśmy dwoma samochodami, polskiej i enerdowskiej produkcji, więc rozsądnie było sprawdzić czy jeszcze mamy podwozia i miski olejowe.  Po drodze nadarzył się prymitywny „kanał”, na który przy odrobinie fantazji i absolutnym braku wyobraźni można było wjechać.  Auta widziane od spodu przy groźbie zawalenia się na głowę konstrukcji „kanału” nie budziły mojego zainteresowania, więc udałam się pod przydrożne drzewo, by zasiąść na szarych płachtach z rumuńskimi kobietami.  Obierały zebrane z pola ogórki.

– Ogórki – powiedziałam, pokazując na niewielki kopczyk usypany przy płachcie.

– Castravete – przetłumaczyły moje „ogórki” na rumuński.

– Kapelusz – pokazałam palcem – a one: „palarija”.

Nagle zerwały się na równe nogi i ruszyły biegiem do naszych aut, wołając po drodze: umbrella! umbrella!  Nie wiedziałam o co chodzi.  Mąż przed chwilą wyjmował jakieś narzędzia, więc bagażnik naszego auta był otwarty.  Stadko bezpardonowo dopadło do jego zawartości.  Kobiety wyciągały wszystko co się dało – spodnie, koszule, majtki, buty, wyrywały sobie wzajemnie nasze części garderoby i w końcu znalazły „umbrellę”, która okazała się moją parasolką.  Mimo, że zaciekle broniłam bagażu, już po chwili wszystko było skotłowane, pomieszane, jakby przeszła powietrzna trąba.  Widząc co się dzieje, mąż podbiegł do bagażnika i z groźną miną zatrzasnął go przed nosami jazgoczących bab.  Stadko się rozpierzchło.  Najpierw do płachty pod drzewem dobiegły te kobiety, którym udało się coś wydębić za obietnicę przyniesienia z wioski moreli i pomidorów. Reszta została przy zamkniętym bagażniku i z pożądaniem w oczach, namiętnie prowadziła negocjacje.  Nawet się nie obejrzałam jak przy samochodzie pojawiło się pół wioski  Po wręczeniu mi sporej miski naprędce zerwanych moreli i pomidorów, negocjacje wyraźnie się wzmogły.  Owocowo warzywny podarunek swoją wartością nie rekompensował wyjęczanych części naszej garderoby, więc choć trochę postanowiłam wyrównać rachunek i podstępnie budząc nadzieję na dalszy handel wymienny wycyganiłam od najstarszej babulinki słomkowy kapelusz. Zdjęła go z głowy owiniętej czarną chustką, napełniła ogórkami i wręczyła ze słowami:  „palarija de la bunica” co oznaczało „kapelusz od babci”.

Zrozumieliśmy, że jedynym ratunkiem jest ucieczka. W przeciwnym razie na parking nad Morzem Czarnym przyjechalibyśmy nago, boso i co najgorsze bez parasolki. Ucieczka udała się i po paru godzinach jazdy znaleźliśmy się w Bułgarii.

Ciągle mknęliśmy tą samą równiną.  Droga prosta, trochę mniej dziurawa.  Gdyby nie ktoś stojący na poboczu i próbujący nas zatrzymać, znowu byłoby nudno.  Zatrzymaliśmy się.  To był młody bułgarski oficer, który zmierzał w tym samym co my kierunku, do swojej polowej jednostki nad morzem Czarnym.  Stiefan Christow – przedstawił się dziarsko. Jego obóz był dwa kilometry dalej od campingu Obzor, na którym zamierzaliśmy stanąć.  Stiefan spóźnił się w Warnie na autobus i łapał okazję.  Rozmawiamy w języku rosyjskim.  Tematy różne, przeskakujemy z jednego na drugi.  On o swoim winogradniku (u nas to działka), który ma w Warnie, o małym synku Momcziłku, ja wypytuję o pogodę jakiej należy się spodziewać,  mąż o smak różowego szampana.  Stiefan częstuje nas cukierkami.  Odmawam.  –  Jestem za gruba na słodycze – powiadam ze zbolałą miną.  A on, że „nie gruba, da prijatno akruglionnaja”.  Zawsze mówiłam, że na jednym komplemencie można przeżyć cały tydzień, nawet kiedy jest nieszczery.  Dojeżdżamy na miejsce.  Stiefan obiecuje nas odwiedzić i zabrać do Warny.  Nie bardzo wierzę w obietnice, ale pożyjemy, zobaczymy.

Cofamy się na camping do Obzoru.  Rozbijamy namioty blisko plaży.  Rano miłe przebudzenie.  Przed namiotem stoi całkiem spora drewniana skrzynka pełna pięknych, pachnących pomidorów, ogórków, papryki, cebuli i moreli.  Sprawcy nie ma…  Po południu pod nasz namiot zajeżdża ruski motor M-72 z koszem (dokładna kopia BMW).  Na bagażniku następna skrzynka! Kierowca i pasażer nie są nam znani.  Przedstawiają się:  Jurko i Petko.  Przysłał ich dowódca.  Zdejmują skrzynkę, prostokątną blachę, różowego szampana i zapraszają naszą grupkę na plażę.  W skrzynce są małże zerwane z podwodnych skał przed południem.  Nazywają je „midi”.  Mamy to jeść.  Koleżanka, z którą tu przyjechaliśmy, robi się blada.  Jej mąż powściąga obrzydzenie i trzyma fason..  Nie są amatorami owoców morza.  Nareszcie wiemy po co ten różowy szampan.  Jurko i Petko niosą to wszystko na plażę.  Opierają blachę na znalezionych kamieniach i zapalają pod nią ogień.  Po chwili małże rzucone na blachę zaczynają cicho strzelać.  „Wystrzelone”  można jeść.  Łyk szampana, po nim midi.  I znów łyk, i znów midi w całości wślizguje się do gardła.  I jest uczta.  Słońce już nie pali jak w dzień.  Robi się chłodno.  Mój mały synek ujeżdża motor.  Jest szczęśliwy.  Szampan rozgrzewa.  Zacieśnia się przyjaźń polsko-bułgarska.

Następnego dnia śniadanie w obozie wojskowym u Stiefana.  Spory drewniany stół nakryty białym prześcieradłem czeka na nas na obozowej oślej łączce.  Jest i osioł.  Po bułgarsku – magaret.  Wita nas zabawnym gardłowym wciąganiem i wypuszczaniem powietrza. Na stole biały, puszysty chleb, aromatyczne pomidory z cebulą, ogórki, ryby i ser.  Czym chata bogata.  Po śniadaniu Stiefan zaprasza nas na swój winogradnik .

Po paru dniach smażenia się na plażowej „patelni” z ulgą jedziemy do Warny.  Odwiedzamy matkę Stiefana.  Ta miła, starsza pani wysyła syna na targ po czuszkę.  Chce dla nas na obiad upichcić narodowe bułgarskie danie.  Idę z nim. Stragany pełne fantastycznie kolorowych owoców i warzyw – wspaniały malarski temat!  Gwar.  Oglądamy, kupujemy.  Wracając zauważam, że miasto pełne jest strzelistych obelisków z czerwoną pięcioramienną gwiazdą na czubku.  Wymownie spoglądam na Stiefana i pytam –  liubitie Ruskich?  Ten przemiły, wesoły młodzieniec nagle poważnieje i po krótkiej chwili namysłu odpowiada – Todor Żivkov kazał liubit’ eto my liubim.    Inteligentny oficer – myślę w duchu.  W jednym zdaniu zawarł dwie odpowiedzi:   że miłość na rozkaz, to żadna miłość i że nie powinnam zadawać takich pytań.  Kropka.  Natychmiast stosuję się do tej zakamuflowanej sugestii i wszystko wraca do normy.  Prijatno akruglionnaja, z wiankiem czerwonej suszonej czuszki zawieszonym na szyi  i pasiastym arbuzem  pod pachą , wyglądam jak bogini obfitości.

Po sutym bułgarskim obiedzie, zakrapianym pysznym czerwonym winem własnego wyrobu z własnych winogron, po odwiedzeniu Stiefanowego winogradnika, wracamy do naszych obozowisk.  W Obzorze otwieram bagażnik.  Niespodzianka!  Jest załadowany przetworami na zimę w zgrabnych słoikach !  Więc pewnie wypuszczą nas z powrotem do kraju, mimo moich politycznych wycieczek na temat czerwonych pięcioramiennych gwiazd…   A może podarowane słoiki są mocno przeterminowane?  Przysięgam, że nie były…deadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadline

deadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadlinedeadline

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php