Zawał

Dopadł mnie zawał.  „Ratownicy medyczni”, którzy przyjechali mnie dobić zamiast ratować, po licznych (delikatnie mówiąc), zupełnie nieakceptowalnych zachowaniach zawieźli mnie na Zaspę na tak zwany SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy), podrzucili przy recepcji jak paczkę z bombą i ulotnili się bez pożegnania.  Odetchnęłam z ulgą … Nareszcie zniknęli mi z oczu…

A  potem było Wielkie Czekanie.  Dwanaście godzin na SOR!  Kto to przeczytał może sądzić, że te dwanaście godzin, to pasmo rozpaczy, katorga, tragedia i co tam jeszcze.  Wcale nie.  Był to czas wielu zdarzeń, a wśród nich były różne: i smutne, i bolesne, i nerwowe, ale też świetne, bo humorystyczne.  Te ostatnie, jak myślę, były spowodowane okrutną duchotą sali obserwacyjnej, niedotlenieniem mózgu, która wpędziła go w stan euforyczny.  Ów stan pozwalał śmiać się z byle powodu, czyli popadać w tak zwaną wesołkowatość.  Jakby nie było, zawsze to śmiech, a śmiech to zdrowie!   Najpierw mnie zaobrączkowano jak łabędzicę z syndromem pustego gniazda na stawie w parku Reagana.  Bransoletki – biała i zielona  na przegubach obu rąk z wydrukowanym nazwiskiem. Kiedy mózg jest w stanie euforii pacjent może zapomnieć jak się nazywa… Przy nazwisku tajemnicze C8  i numer, którego nie pamiętam, bo kiedy po operacji leżałam na onionie pod monitorem, omotana kablami i rurkami, tak mnie te „obrączki” wkurzały, że je sobie zerwałam.

Ale po kolei…

Lekarze obserwujący – oboje uroczy, mądrzy, wnikliwi, tacy, co nie minęli się z powołaniem, o, nie!  Kultura nad „procedura” – nie odwrotnie.  Okazuje się, że można… Rozmowa z młodą, śliczną i nade wszystko mądrą panią doktór – sama przyjemność.  Badanie dokładne, w skupieniu.  Zleciła co trzeba i poprosiła, abym czekała na wyniki badań. Potem miała odbyć się wizyta powtórna i decyzja co dalej. 

Pijawka wbiła w żyłę weflon, nachłeptała się sporo świeżej krwi, ale jeszcze jej było mało – przyssała się do palca i chłeptała pomalutku przez włosowatą rurkę, ciągle wyciskając świeże dawki.  Teraz należało siedzieć w absolutnie pozbawionej tlenu sali obserwacyjnej i cierpliwie czekać na wyniki.  Jedynym koszmarem poza ratownikami, było właśnie to straszliwie długie czekanie między jednym badaniem a drugim.  Już nawet pijawkom wybaczyłam liczne nakłucia i ssania. Zawsze to była jakaś rozrywka w straszliwej monotonii czekania.

Po kolejnych godzinach kroplówka i piąte w tym dniu EKG.  Niepojęta ilość voltów i amperów przeniknęła przez moje złachane ciało.  Wyszłam z sali obserwacyjnej na korytarz i przeżyłam szok tlenowy.  W automacie kupiłam sobie małą kawę z mlekiem, ale nie umiałam ustawić słodzenia i popłynął ulepek. Powoli dochodziłam do siebie… 

Po chwili nawiedziła mnie pierwsza pozytywna myśl:  jeśli pójdę siedzieć, to każdy sąd na pewno zaliczy mi to siedzenie na SOR. Wniosek: kawa + tlen = myśli pozytywne.

W tym momencie (Bogu niech będą dzięki!) z sali obserwacyjnej wyszedł młody mężczyzna, mniej więcej w wieku mojego syna.  Prawe limo miał spuchnięte aż do brody tak, że oka mu prawie nie było widać.  Miał albo wynikające z jego natury niezwykłe poczucie humoru, albo niedotleniony, euforyczny mózg. Usiadł obok.  Poznał swój swego, więc rozmowa nawiązała się prawie natychmiast:

–  Żona pana tak zaprawiła?
– Tak, i to patelnią!
– Musiał pan nieźle przeskrobać.
– Nie pozmywałem po śniadaniu. Mogło być gorzej, gdybym nie zrobił prania…
– Niech pan się nie przejmuje, bo ma pan za to intrygująco piękny profil.  A co na to lekarze?
– Starają się postawić diagnozę.
– I co?
– Nie wiedzą co to jest, robią masę badań.  Nie zasugerowałem, że podejrzewam cios patelnią.
– Dlaczego?
– Głupio mi było. Nie chciałem, by posądzili, że jestem pantoflarzem.
–  To może postarajmy się zdiagnozować limo sami?   Dopiero potem pan zasugeruje.
–  No właśnie!   Może to świnka?
– Świnka odpada, bo ślinianki nie są umiejscowione tak wysoko.
–  Słusznie, są przy uszach a nie przy oczach.  Gdyby były przy oczach nazywałyby się łzawianki
–  Chyba, że to jakieś wynaturzenie.
–  Albo mogą być zwyrodniałe, teraz takie czasy, że większość ludzi jest zwyrodniałych.
– A jak u pana z zębami?  – Nie ma pan zapalenia okostnej?
–  Zęby są niestety w porządku.
–  Dlaczego „niestety”?
– Bo już mielibyśmy diagnozę.
–  Słusznie.  A może jadł pan rybę i tkwi panu ość, wokół której wywiązał się stan zapalny?
– Nie, nie jadłem.
– A ma pan kota?
– Dlaczego pani o to pyta. Tu na SOR każdy ma kota.  To z niedotlenienia mózgu.
– Nie o takiego kota pytam.  Takiego to i ja mam, a spuchnięta nie jestem, prawda?
–  No właśnie.
–  Zatem, czy ma pan kota domowego?
–  Pani znów z tym kotem!
–  Bo może być pan uczulony na kota.  Dokładniej na jego sierść.
–  Przepraszam, nie wpadłem na to.  Nie mam jednak kota domowego.
– Może jest pan uczulony na jakiś pokarm, który ostatnio przygotowała żona, aby pana uczulić na zmywanie…?  – Albo zjadł pan cytrusy jakie zakupiła na święta? Kto wie czym są pryskane?
– A wie pani, to prawda – podwędziłem trzy świąteczne pomarańcze…
–  No to w końcu ustalmy diagnozę.  Nie możemy być gorsi od lekarzy, prawda?
–  Czy dobrze rozumiem, że bez żadnych badań, diagnozuje pani uczulenie na cytrusy?!
–  Owszem, taką właśnie stawiam diagnozę.  Niczym nie ryzykuję.  Teraz wszystko może być alergenem.  Nawet leki odczulające – dodałam, podnosząc na wyższy poziom profesjonalizmu swoją diagnozę.

W tym momencie z pokoju obserwacyjnego wyszła jedna z pijawek i zawołała:  – Pan Michał proszony na pobranie krwi!  Co za zbieg okoliczności – Michał!!!  Po chwili pan Michał wrócił na korytarz, gdzie trzymałam dla niego miejsce.  Bardzo się ucieszył.

–  I co panie Michale, jest już diagnoza?
–  A gdzież tam! Ale my już ją mamy.  A przepraszam skąd pani wie, że mam na imię Michał?
–  Dedukcja, albo sylogizm warunkowy – jak kto woli. Mój syn  ma dokładnie takie samo jak pan poczucie humoru i mój syn ma na imię Michał. Zatem i  pan musi mieć na imię Michał.  To proste rozumowanie, czyż nie?
– Pani mnie zaskakuje!

– Czy zauważył pan przy wejściu do szpitala oryginalną reklamę? To rower na kwadratowych kołach, gdzie pisze:  „rzeczywistość zaskakuje” i dalej jest treść reklamy. Widzę, że jest pan podatny na reklamy.  Nie należy im wierzyć.  Jak np. piszą, że nie pryskają pomarańcz alergenem, to znaczy, że pryskają. 

Zignorował mój wywód i zapytał znienacka:

– A jak pani ma na imię?
–  Proszę zgadnąć.
– Nigdy nie zgadnę.
= No to panu powiem – Hanna.
– Niemożliwe!!!
– Zgodnie z reklamą chciał pan powiedzieć „zaskakujące”.
– No właśnie!  Zaskakujące!
–  Dlaczego zaskakujące?
–  Bo moja żona ma też na imię Hanna!!!
–  Ja nie jestem zaskoczona.
– Jak to?  Pani syn Michał i ja Michał, moja żona Hanna i pani Hanna!  I nie jest pani zaskoczona?
–  Nie, ponieważ nie jestem podatna na reklamy.

Ciągnęlibyśmy ten wątek jeszcze długo, ale wyszła pielęgniarka.

– Pan Michał proszony jest na kroplówkę. 

Długo go nie było.  Wreszcie wyszedł zmieniony.  Limo mu stęchło i nieco zbrzydł prawy profil.

– Co oni panu zrobili !!! – załamałam ręce
– Dali kroplówkę z odczulającego hydrocortyzonu, bo stwierdzili, że mam uczulenie na…. no nie zgadnie pani na co !!!  Na cytrusy!!! Gratuluję diagnozy!!!  – i pocałował mnie w rękę. 
– To wcale nie dowodzi, że jest pan uczulony na cytrusy.
– Jak to?!  Pani znów mnie zaskakuje!
–  To dowodzi tylko tyle, że nie jest pan uczulony na odczulający hydrocortyzon, bo po kroplówce spuchłoby drugie limo.

Nie dane nam było roztrząsanie owych pasjonujących medycznych wątków, bowiem zjawiła się pani Hanna, żona Michała.  By zrobić dobre wrażenie przyszła bez patelni.  Fałszywie powiedziałam: „Miło mi panią poznać”, czym zapewne znów zaskoczyłam pana Michała. Szybko porwała go do domu, nie czytając lekarskiej diagnozy.  Wiedziała najlepiej od czego miał spuchnięte limo…

  Pożegnaliśmy się wylewnie, zostałam wyściskana i wycałowana jak dobra znajoma, pan Michał powiedział, że mieszka na Obrońców Wybrzeża, ja zdradziłam, że na pobliskiej Jagiellońskiej, a na podsumowanie,  obiecaliśmy sobie, że spotkamy się w Leclercu i pójdziemy do Sowy na kawę. Ze smutkiem patrzyłam jak pani Hanna siłą wlecze męża do domu, gdy nagle pan Michał obejrzał się za siebie i z daleka pomachał do mnie ręką… Odpowiedziałam tym samym…

To był koniec śmichów-chichów. Nastąpił akt trzeci zatytułowany „sprawy bulwersujące, bolesne i przykre”.  Jednak ich nie opiszę, bo pragnę moich Czytelników pozostawić w przekonaniu, iż pobyt w szpitalu na Zaspie,  to wesołe wczasy.

Dodaj komentarz

Odnośniki (links) są niedozwolone w polu komentarza!

Cytaty

„Nie karmiony umysł pożera sam siebie.”

— Gore Vidal

Najnowsze komentarze