Ścieżki do wolności

Za oknem deszcz, szaro, ponuro. Kończę czytanie „Kartek z dziennika” Stefana Chwina.
Nie mogę napisać jak Chwin:
„Mieszkam na dziesiątym piętrze wieżowca stojącego na morenowych wzgórzach nad miastem. Za oknami mam tylko chmury. Żyję więc w chmurach. Widzę je kiedy wstaję rano, jem obiad, rozmawiam z żoną, zasypiam.”
Cóż ja mogę napisać?
„Mieszkam w najniższej części miasta, tuż nad poziomem morza nad Zatoką Gdańską. Żeby nie przydomowa stacja benzynowa i samochodowe warsztaty, zapewne zamiast zapachu benzyny i spalin docierałby tu jej słony zapach. Pod stopami chrzęści mi nieraz morski piasek. Niestety, nie widzę morza z okien mojego mieszkania. Widzę beton falowca i pobliskiego blokowiska. Widzę beton nowych wieżowców, które niedawno wyrosły i zasłoniły ostatni skrawek nieba, na którym mogłam obserwować ciągle nowe spektakle chmur i przenosić się myślą w nieograniczone przestrzenie. Jacyś urbaniści postarali się o to, abym tę możliwość bezpowrotnie straciła”.

Każdej nocy na jednym z nowych wieżowców, który widzę z okna pokoju, świeci spory napis: HOSSA. Od kiedy się pojawił na „moim” skrawku nieba, zaczęłam mylić hossę z bessą i przestałam patrzeć w tamtym kierunku. Z okna drugiego pokoju, patrzę na północ w stronę Zatoki. Gdyby nie rozległy pobliski park, na pewno nabawiłabym się „betonofobii”. Wolę opowiedzieć o parku niż o betonie i o tym, jak ktoś chce mi wmówić hossę.

Historia parku przypomina historię przemian ustrojowych.
Wszystko zaczęło się od łączki położonej między ulicą a pasem nadmorskiego lasu. Była tu, od kiedy pamiętam. Łączka stale przechodziła transformacje ustrojowe, to znaczy co ustrój, to transformacja łączki. Za komuny była dzika, bujna, kwietna i pachnąca, ale też pełna wykrotów i dziur. Każdy, kto przedzierał się na plażę i skręcał sobie nogi, klął łączkę w żywy kamień. Przypominała ustrój, w jakim przyszło mi żyć i pracować. Po 40 latach jeszcze ktoś poza mną napisał o łączce, nazywając ją dzikimi łąkami :
„Dzikie łąki i laski rozciągające się między ostatnią klatką falowca a plażą. Idealne miejsce dla zakochanych par i towarzyszących im w krzakach podglądaczy. „Zboczeniec” – to słowo przyniosły córeczki z łąki wraz z uwitym przez matkę wiankiem.”
Wówczas i mój mały synek również wrócił z łączki do domu z tym nowopoznanym słowem. Odtąd ze zboczeńcami kojarzy facetów, którzy ukryci w krzakach rozchylają poły płaszcza. Szłam z nim na plażę wydeptaną piaszczystą ścieżką, będącą dziś przedłużeniem ulicy Obrońców Wybrzeża. Ciągnęliśmy na przemian drewniany drabiniasty wóz – zabawkę, do którego sadzałam dziecko, kiedy zmęczyło się marszem. Minęliśmy łączkę. Ścieżka wnikała w nadmorski las. Wtedy w krzakach po lewej stronie zauważyłam mężczyznę z rozchylonymi połami letniego prochowca. Udałam, źe go nie widzę, ale ze strachu serce podskoczyło do gardła. Przez 40 lat pamiętam plan obrony jaki knułam w głowie. Wóz drabiniasty zamierzałam złapać za dyszel i kręcić nim młyńca. Naiwna obrona, ale jak na skołataną strachem głowę to i tak nieźle. Obeszło się. Zboczeniec towarzyszył nam aż do plaży, przemykając się w krzakach równolegle do ścieżki. Wokół żywego ducha. Dziecko wsadziłam do wozu, zabroniłam patrzeć w kierunku krzaków i szybko doszłam na plażę. Zgubił się po drodze.
Najpierw na plażę nad Zatoką prowadziły dwie wydeptane ścieżki. Pierwsza z nich, to było przedłużenie ulicy Patrica Lumumby. Ten fakt długo niepokoił nas – mieszkańców Osiedla Jagiellonów, bo w szkole nie uczono, że jeden z nich nazywał się Lumumba i był czarnoskóry. Jednak wobec przemian jakie nas czekały, owo historyczne niedopatrzenie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Druga ścieżka była przedłużeniem ulicy Obrońców Wybrzeża, którą długo nazywałam „aleją zboczeńców”.

Przyszły czasy gierkowskie. Rozluźnienie, życie na kredyt w udawanym bogactwie, frajda po uszy po latach zamordyzmu i beznadziei. Czasy gierkowskie odcisnęły swoje piętno na łączce.
Wówczas Polska stała na cynie. Tak się mówiło. W „cynie partyjnym” położono prowizoryczny betonowy chodnik na ścieżce drugiej. Jak wiadomo prowizorki trwają najdłużej, więc niefachowo położony przez partyjniaków, niemających pojęcia o robotach drogowych chodnik z ohydnych betonowych płyt, trwał i trwał. Ustrój komunistyczny zaczął się powoli załamywać, a on trwał. Nastała Solidarność, nadal trwał. Potem przyszedł kapitalizm, więc na łączkę rzuciły się tłumy, by ją sprywatyzować i wziąć pod uprawę. Przez kilka lat uprawy pięknie wybujały, sady wiosną uroczo kwitły, jesienią owocowały. I kiedy działkowicze nabrali pewności, że udało im się stworzyć Eden – łączkę zalało. Działki stały po pas w wodzie, altanki podgniwały, a chodniczek….wiadomo – trwał.
Wtedy „miasto” zabrało się za łączkę.
Co tu się działo, tego oko nie widziało i ucho nie słyszało. Najpierw wydziedziczono właścicieli działkowych latyfundiów. Na łączkę wjechały „buldowyżery”, wyżarły z ziemi wszystko: altanki, chlewiki, gołębniki, ogródki, drzewa owocowe, krzaki malin i porzeczek, a ich właściciele uzbrojeni w widły, łopaty, kosy i grabie, zrobili pospolite ruszenie na maszyny. Ale z buldożerami nikt nie wygrał. Po tej łąkowej wojnie ostał się tylko……betonowy chodniczek.
Za buldożerami na łączkę poszły spychacze i wielkie koparki. Wydrążyły w ziemi dwa ogromne i głębokie zbiorniki, do których spłynęły wszystkie łąkowe wody. Były to tak zwane „zbiorniki retencyjne”. Przymorzacy i tak wszystko nazywają po swojemu, więc zbiorniki przechrzcili na jeziorka. Na jeziorkach są spore wyspy z domkami lęgowymi dla wodnego ptactwa.
Nowe szło od Piastowskiej w kierunku Brzeźna. W końcu chodniczek pochłonęło! Powstał piękny, rozległy park, niczym ogrody Tullierie w Paryżu, a chodnik przekształcił się w deptak wyłożony najmodniejszą eurokostką. Nastała hossa! Tak wyglądały trudne początki parku im.Reagana.
Przy pierwszej ścieżce nad większym jeziorkiem ustawiono metalowy pomnik – Jana Pawła II z Ronaldem Reaganem podczas spaceru naszym chodnikiem na plażę. Długo nie spacerowali. Którejś nocy menele ucięli Reaganowi prawie całą lewą rękę! Doczekał się amerykański prezydent wdzięczności Polaków… Dopiero po tym incydencie poustawiano – na odwrócenie uwagi od pomnika – koszmarne metalowe „rzeźby przestrzenne”, których nawet menele brzydzą się dotknąć. Myślę, że one zapewne będą trwały tak długo jak chodniczek, który powstał „w cynie partyjnym” – dopóki nie rozprawi się z nimi rdza.

I tak właśnie ziemia (Park Reagana) zastąpiła mi niebo. Lubię chodzić po trawie i kretowiskach, czuć jej zapach i miękkość. Chodzę na przełaj, omijam wszystko, co choćby przypomina beton lub asfalt. Omijam nawet najmodniejszą eurokostkę. Kiedy docieram nad Zatokę i spoglądam na północ, żadne betonowe wieżowce nie zasłaniają mi widoku nieba i rozgrywających się na nim spektakli chmur. Patrzę w niebo, przenosząc się myślą i marzeniami w nieograniczone przestrzenie…
Mimo to nie czuję się wolna…
Przyszły zupełnie inne ograniczenia. Ale to już inna opowieść.

Dodaj komentarz

Odnośniki (links) są niedozwolone w polu komentarza!

Cytaty

„Bogowie też lubią żartować.”

— Arystoteles

Najnowsze komentarze