Dzikie króliki

Ten twój ford jest typu „wanna” – oznajmił jej na przywitanie kolega wuefista ze szkoły, w której oboje pracowali. To był zespół szkół zawodowych – takie „trzy w jednym” – liceum zawodowe, zawodówka i technikum mechaniczno-elektryczne dla pracujących.
– Coś podobnego, nie wiedziałam – odparła z udawanym zdziwieniem Halina, opuszczając parking. Przed wejściem do budynku szkoły jeszcze raz spojrzała na swojego forda. Bladoniebieski lakier lśnił na nim jak niebo w słoneczny dzień. Była z niego dumna. Wyróżniał się spośród nauczycielskich zdezelowanych syren i maluchów, stojących na szkolnym parkingu. Nawet dyrektorski duży fiat 125 w kolorze yellow bahama, nazywany obiegowo „jeloł dla chama”, wyglądał przy jej fordzie dość marnie, z czego, jak później doświadczyła, absolutnie nie należało się cieszyć.
Nikt nie musiał wiedzieć, że kupiła go na śmiesznie niskie raty od Kuby – syna koleżanki z dzieciństwa. Był on studentem wydziału mechanicznego gdańskiej politechniki, mieszkał w akademiku na Wyspiańskiego i stale pożyczał od niej niewielkie sumy. Stypendium jakie pobierał w kwesturze uczelni, było zbyt niskie nawet dla tak mało wymagającego młodego człowieka jakim był. Przywiózł forda ze Szwecji, aby na nim zarobić.
Były to lata siedemdziesiąte – czas niedomówień, których celem było tworzenie wokół siebie aury kogoś, kogo być może należało się obawiać. – Kim ona jest naprawdę, jeśli stać ją na taki luksus? Dlaczego się afiszuje, zamiast go trzymać pod domem? – szeptali po kątach koledzy. Śmieszyła ją ich niepewność i gra, którą z nimi prowadziła.

Kuba opowiadał, że niebieski ford stał okaleczony w ogródku narkomana w Karlstadzie. Po jakiejś stłuczce lewy błotnik wisiał na włosku i podzwaniał za każdym podmuchem wiatru, a w miejsca obnażone z lakieru zaczynała wżerać się rdza.
Dzięki temu, jak i z powodu narkotycznego głodu, jaki objawiał jego właściciel, cena w trakcie rozmowy leciała w dół. Gdyby nie to, transakcja nie doszłaby do skutku. Kuba nawet w kraju nie śmierdział groszem, a co dopiero za granicą z jakimiś beznadziejnymi „pocket money” w mocno przetartych kieszeniach. W końcu suma okazała się tak niska, że nie było sensu dłużej rozmawiać. Zapłacił, oderwał zwisający błotnik, położył go na tylne siedzenia i odjechał.
Wszystko sprzyjało temu zakupowi – rdza, narkotyczny głód i uwieńczona sukcesem pierwsza i zarazem jedyna wizyta na złomowisku.

W porównaniu z polskim, szwedzkie złomowisko było jak apteka. Miało swoje działy, w tym dział samochodowy, na który udali się Kuba ze sprzedawcą ubranym w czysty, służbowy kombinezon. Obaj nieśli zabrany z tylnego siedzenia połamany błotnik forda.
Posegregowany towar leżał na solidnych regałach. Na jednym z nich widniała tabliczka z napisem „błotniki”, jakby tego nie było widać gołym okiem. Pewnie napis był specjalnie dla Kuby, bo rzeczywiście własnym oczom nie wierzył. Dział ciągnął się dobre trzysta metrów. Błotniki posegregowano według typów samochodów, do których kiedyś należały i ułożono według kolorów. Sprzedawcy brakowało tylko… białych rękawiczek.
Nie do wiary, że prawie natychmiast znalazł się jasnobłękitny błotnik do forda taunusa 17M – „nówka Pewex” – jak mawiał syn Haliny, widząc jakiś przedmiot w idealnym stanie.
Łamaną, szkolną angielszczyzną, Kuba dobijał cenę i swój angielski. Sprzedawca zażądał zaledwie pięciu koron plus zdewastowany stary błotnik i ceny nawet nie wypadało negocjować. Błotnik pasował jak ulał, kiedy przymocowali go do auta. Sprzedawca nie przyjął następnych pięciu koron za pomoc w montażu.
– Będzie o czym opowiadać po powrocie do kraju – pomyślał zdobywca jasnobłękitnego forda.
Z pierwszej raty Kuba był zadowolony. Halina spieniężyła kilka sczytanych książek w antykwariacie, a u jubilera złoty pierścionek, którego nie nosiła. Następne raty były dużo niższe. Można powiedzieć, że śmiesznie niskie, ale za to płacone regularnie co miesiąc. To dla studenta było najważniejsze. W ten oto sposób stała się posiadaczką auta, jakiego w szkole nie miał nikt. To chyba ze zwykłej zawiści wuefista napomknął o „wannie”. Że niby co? Że nadaje się tylko do kąpieli?
Tymczasem, jasnobłękitny ford taunus 17M typu „wanna”, chodził jak szwajcarski zegarek. Wśród uczniów szkoły akcje Haliny skoczyły jeszcze wyżej, niż tylko z powodu matematyki, której ich uczyła.
Mąż jeździł swoim fiatem, ona fordem. Cieszył się, że wreszcie ustała ciągła walka o to, kto pojedzie fiatem, a kto pójdzie per pedes. Z uśmiechem kwitowała jego przyśpiewki na nutę podwórkowych kupletów: „jadą panowie Amerykanie, każdy w osoobnym fooordzie, i tylko patrzeć jak się niebawem będą okładać po mooordzie”. Nie był zawistny jak koledzy z pracy. Aby jednak nie wzbudzić w nim nawet śladu zawiści zaproponowała zamianę. Nie zgodził się, twierdząc, że jego fiat jest niezawodny, w przeciwieństwie do jej rzęcha przesiąkniętego zapachem marychy i bez oryginalnego błotnika. Ford nieodwołalnie stał się jej. Odetchnęła z ulgą. Przejęcie fiata zrównałoby ją z dyrektorem szkoły. Takiego wstydu by nie zniosła…
Pierwszy przegląd techniczny powierzyła szkolnemu woźnemu, którego ksywka ”Burczuś” z powodu jej nadużywania, przylgnęła do niego do tego stopnia, że prawie nikt nie pamiętał jego prawdziwego nazwiska. Wzięła się stąd, że na wszystkich burczał, nie wyłączając samego dyrektora. Zawsze był z czegoś niezadowolony. W szkole przypuszczano, że źródłem niezadowolenia musiała być jego żona i że to ona właśnie powoduje ów stan, trzymając przed nim pod kluczem mocną nalewkę z pigwy. Zastępcze antidotum stanowiły powierzane mu do reperacji stare samochody. Im starszy, tym lepszy. Był w nich po prostu rozmiłowany do nieprzytomności. A wreszcie o nieprzytomność chodziło… Zatem nie ryzykowała burczenia w swoim kierunku. Jako właścicielka leciwego forda 17M typu „wanna”, mogła się raczej spodziewać komplementów ze strony pana woźnego. Na te była jednak odporna jak na odrę, którą odchorowała w dzieciństwie.
Burczuś miał za szkołą swój prywatny szauerek z narzędziownią, jakiej mógł mu pozazdrościć renomowany zakład naprawy samochodów. Na drewnianych ścianach na solidnych kołkach wisiały setki drobnych narzędzi, pod nimi cięższe, równo ustawione na podłodze, a dalej w malowniczych zwojach wisiały rozmaitej grubości kolorowe kable elektryczne i gumowe węże do butli z gazami.
Nie sposób wymienić wszystkiego. Narzędzia gromadzone latami były niewiarygodnie zadbane i bardziej przypominały instrumentarium chirurga niż narzędziownię ślusarską. Szkoła podlegała stoczni, co tłumaczyło ową narzędziową obfitość. Poprzez instruktorów zawodu, którzy korzystali z usług Burczusia, wszystkie narzędzia i potrzebne materiały, których za komuny nie można było najzwyczajniej kupić w sklepie, płynęły wartkim strumieniem wprost ze stoczniowych zasobów na szkolne podwórko do jego szauerka. Mógłby nawet remontować silniki okrętowe, a co dopiero samochody. Uczniowie pod okiem zmotoryzowanych instruktorów wykonali „kołyskę”, z powodzeniem zastępującą kosztowny kanał. Służyła do przewracania samochodu na bok, dając dostęp do podwozia.
Halina była niemal pewna, że gdyby pojechała ze swoim fordem do państwowej stacji diagnostycznej, nie wykryto by żadnej usterki. Za sam wygląd zewnętrzny i piękny kolor lakieru, wbiliby jej do dowodu rejestracyjnego pieczątkę technicznego przeglądu, a ona nadal musiałaby żyć w niepokoju.
Burczuś nie miał pieczątki, bo jej nie potrzebował. Dawał rzetelną ustną gwarancję usługi, jakiej nigdzie nie można było oczekiwać. Swoje pierwsze ślusarskie i mechaniczne szlify uzyskał jeszcze przed wojną u majstrów bardzo wysokiej klasy. Jego „słowo honoru” było po stokroć ważniejsze, niż pieczątka nawet samego ministra przemysłu ciężkiego.
Z czystym sumieniem jemu właśnie powierzyła swój jasnoniebieski skarb. Niemal na każdej dłuższej przerwie biegła za szkołę, mijając uczniów, którzy kryli się za węgłem z rozżarzonymi sportami. Nic nie mogło jej zatrzymać. Nawet te kłęby śmierdzącego dymu, przez które przebijała się jak ślepiec, by dotrzeć do szauerka.
Któregoś razu jej ford, dobrze przymocowany do świetnie wykonanej kołyski, legł na boku. Obnażył wszystko, co miał pod spodem. Burczuś, jak wytrawny kustosz muzeum starych samochodów, objaśniał jej wszelkie zawiłości budowy i działania podzespołów auta.
Wiele lat wstecz, kiedy na krótko mieszkała w Elblągu, chodziła na kurs prawa jazdy. To były czasy, kiedy na kursie poza jazdą i przepisami, należało zdać egzamin z budowy. Dla niej to ostatnie było po prostu drobiazgiem. Była obkuta jak mało kto. Rozrząd rozgryzała jak pestki słonecznika, suwy silników nie były dla niej zagadką, gaźnik był jak zabawka, a regulator napięcia, który jej kiedyś nawalił na wycieczce syreną, to był drobiazg. Nie na próżno egzamin zdała z wyróżnieniem.
Z regulatorem napięcia było tak: stojąc na poboczu szosy, dyskutowała z operatorem pomarańczowego walca drogowego, dowodząc mu, że tylko ów regulator mógł być winowajcą awarii w jej syrence. Oczywiście operator nie dowierzał babskiej diagnozie. Stawiał swoje antytezy jak uzbrojone wojsko i nie zamierzał ustąpić. Cóż było robić, skoro nie pomagały racjonalne dowody, trzeba było regulator „załatwić” podstępem. Przecież musiała jakoś dojechać do domu. Założyła się zatem z technicznym antagonistą o pół litra żytniej, że to ona ma rację. Ponieważ żadne z nich nie miało żytniej przy sobie, zgodzili się na pieniężny ekwiwalent. Bez wahania przybił zakład. Jego walec bez jakiegokolwiek dozoru zostawał przez całą noc na polu w pobliżu szosy, którą tam remontowano. Dzięki temu możliwa była niewinna podmianka. Każdy mógł to zrobić. Operator wymontował z walca regulator i zamocował go w jej syrence.
I co? I okazało się, że to ona miała rację! Z pomarańczowym regulatorem syrenka zaskoczyła jak nowa. Pobrała więc ekwiwalent i odjechała, zostawiając na skraju szosy zszokowanego operatora z jej regulatorem w dłoni i z przekonaniem, że już nigdy w życiu o nic nie będzie się zakładał.
Obecnie nie trzeba się znać na budowie auta. Od tego są specjaliści, których specjalistyczna wiedza ogranicza się do umiejętności zastępowania zepsutych modułów na nowe – co nie oznacza, że dużo lepsze. Halina zwykle asystuje przy naprawach, bo po prostu to lubi, ale specjaliści nie chcą, by ktoś im patrzył na ręce. Szczególnie po weekendzie, bo wtedy ręce im się trzęsą.
Burczusiowi jej asysta zupełnie nie przeszkadzała. Dopilnowanemu przez żonę, ręce nigdy mu się nie trzęsły, a przy okazji mógł popisywać się swoją wielką mechaniczną wiedzą i pomysłowością. Ona też się popisywała. Słowem trafił swój na swego i nie wiadomo kiedy, oboje zapałali do siebie szczerą wzajemną sympatią. To dlatego „Burczuś” w swojej ksywce pozbył się cudzysłowu. Bez cudzysłowu ich szlachetny związek stał się bardziej familiarny. On nie mógł się doczekać jej wizyt i ona wizyt u niego.

Pewnego dnia artysta-mechanik porzucił otwarty na oścież warsztat na łasce losu i wpadł z impetem do sali lekcyjnej na piętrze, w której prowadziła lekcję. Pomyślała, że coś strasznego musiało się wydarzyć, bo nigdy tego nie robił. Może jej ford spadł z kołyski i rozsypał się w drobny mak?! Poruszony, dobiegł do biurka i zapytał czy w ostatni weekend była na wycieczce swoim fordem. Była. Z jaką prędkością jechała? Mniej więcej siedemdziesiątką. Złapał się za głowę!
– Czy pani wie, co mogło się stać? Moglibyśmy się już nigdy więcej nie spotkać!
Wiedziała, że takich słów nie wypowiedziałby bezpodstawnie. To ją poważnie zaniepokoiło. Wtedy wyciągnął zza pleców trzon tłoczyska amortyzatora.
– Czy pani wie, że taunus jest zawieszony na przednich amortyzatorach? – mówił przez zaciśnięte zęby i niemal przed samym nosem wymachiwał jej tłoczyskiem.
– Wiem. Gdzieś przeczytałam, że to jest unikalne zawieszenie kolumnowe typu MacPherson, i co z tego? – bąknęła pod nosem.
– Co z tego?! Co z tego??!! – przedrzeźniał ją coraz głośniej. To niech pani zobaczy co z tego! Ten trzpień trzyma się na dwudziestu procentach swojego przekroju, a pani pyta co z tego?!
Nie musiał dalej tłumaczyć. Zrozumiała co jej groziło, a czego cudem uniknęła. Wybiegł z sali bardziej wzburzony niż był na początku.
Udzieliło jej się jego wzburzenie. To naprawdę był cud. Ale do diabła, przecież nie miała rentgena w oczach, żeby prześwietlić amortyzator przed jazdą. Nawet on nie odkryłby złamania, gdyby nie rozebrał amortyzatora na czynniki pierwsze, tylko po to, żeby się zapoznać z jego unikalną budową i zaspokoić swoje niecodzienne zamiłowanie do wiedzy o starych samochodach!
Niemal równo z dzwonkiem na przerwę pobiegła do Burczusia. Był już spokojny. Siedział na stołku i z zachwytem obracał w dłoniach pęknięte tłoczysko. – Tylko dwadzieścia procent… tylko dwadzieścia… a jednak trzymało… co za materiał… co za materiał… – pomrukiwał z podziwem. – Jak nic pęknięcie jest powypadkowe – przecież amortyzator był po stronie wymienianego błotnika… to by się zgadzało… no, no, no – i znów obracał w dłoniach tłoczysko. Był tak zajęty głośno wypowiadanymi domysłami, że nawet nie zauważył kiedy weszła. Przyglądała się cicho tej scenie i słuchała jego nabożnych pochwał materiału, starając się odgadnąć jaki będzie dalszy los jej jasnobłękitnego forda bez przedniego zawieszenia. To był jedyny moment zwątpienia w talent Burczusia. Bo nawet on nie mógł nic zrobić bez tego cholernego tłoczyska, które było nie do zdobycia. Chyba, że pojechałby na złomowisko do Karlstadu…
Opowiedziała zdarzenie Kubie. Przejął się tak bardzo, że chciał jej nawet umorzyć pozostałe raty, ale się nie zgodziła. Przecież on też nie miał rentgena w oczach.
Odtąd na przerwach Halina przestała chodzić za szkołę. Jakby szauerek razem z jego właścicielem po prostu nigdy nie istniał. Bała się nawet spojrzeć przez okno na szkolne podwórko. Czekała, co przyniesie czas, wierząc, że któregoś dnia znowu zdarzy się cud i Burczuś z tajemniczym uśmiechem na twarzy wejdzie na lekcję matematyki i powie jej do ucha tylko jedno słowo: gotowe!
Nie przychodził…
Codziennie od nowa żegnała się ze swoim jasnobłękitnym fordem, a słowa wypowiedziane przez męża: „stary rzęch przesiąknięty zapachem marychy” dzwoniły jej w uszach po każdym przebudzeniu. Nie pamięta jak długo trwała w tym stanie, jak długo udawała, że nie słyszy pytań o forda, jakie od pewnego czasu – zrazu nieśmiało, potem coraz bezczelniej – zadawali jej zawistni koledzy.
Podczas przerw, w ogóle przestała wchodzić do pokoju nauczycielskiego. Diabli wzięli wakacyjne plany wyjazdowe, pomysł na niezwykłe wakacje, z którym jeszcze się kryła, obawiając się przytyków męża. Po tym „rzęchu przesiąkniętym zapachem marychy” wszystkiego można było się po nim spodziewać.
Nic jej nie cieszyło. W domu i w pracy chodziła tak ponura, że łatwo można ją było pomylić z żoną Burczusia. A on? Nie wiedziała, ani nie chciała wiedzieć co się z nim dzieje. Nie chciała oglądać jego porażki…

Minął chyba miesiąc jak ją dopadł, kiedy wychodziła z pracy.
Był odświętnie ubrany i pociągał nosem, jakby przed chwilą płakał. Silnie złapał ją za rękę i w milczeniu pociągnął na podwórko za szkołą…
To już koniec z moim samochodem – pomyślała z rozpaczą. Jednak to co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Nie wierzyła oczom…! Oto jej ford – czyściutki, wypolerowany, stał na wszystkich kołach i cicho mruczał silnikiem…
Teraz wypadki potoczyły się szybko. Burczuś, pociągając nosem, bez słowa usiadł za kierownicą i wskazał na miejsce obok. Wsiadła, nie pytając o nic. Dopiero wtedy krótko oznajmił:
– A teraz jedziemy do lokalu na obiad! Ja stawiam! To tłumaczyło, że wbił się w elegancki garnitur, który musiał pasować do pięknego auta.
Otworzył bramę, powoli wyjechał przed szkołę, a potem już ostro wziął wiraż i ruszył parę ulic dalej do „Czardasza”.
Siedzieli przy stoliku w zupełnym milczeniu. Dopiero wino zamówione do obiadu rozwiązało mu język. Ją zaś odwrotnie – zupełnie oszołomiło. Dlatego nie pamiętała jakich użył forteli, aby zdobyć nowe tłoczysko, gdzie jeździł, z kim rozmawiał, ile zapłacił, ile czasu poświęcił – wszystko po to, by tego dnia ford stanął o własnych siłach na swoich czterech kołach i aby honor prawdziwego, przedwojennego fachowca został uratowany.
Zapamiętała tylko ten honor…
Końcówka roku szkolnego, mimo gwałtownie zwiększonej ilości dodatkowych spraw, strasznie się dłużyła. Pogoda zrobiła się piękna. Przez szyby wielkich okien mocno przypiekało słońce. Oczy uczniów błądziły gdzieś daleko poza lekcyjną salę, koncentracja wyparowała w rozgrzanym powietrzu, a oni nie mogli się na dłużej nad niczym skupić. Halina była w podobnym stanie, więc rozmyślnie od czasu do czasu popuszczała cugli i pytała co planują na wakacje, albo coś próbowała powiedzieć o bezpieczeństwie podczas wakacyjnych kąpieli, a raz nawet zdradziła im własny pomysł na nietypowe spędzenie wakacji…

Pomysł był świeży i wydawał jej się zabawny. Oczywiście zrodził się dzięki gotowemu do drogi taunusowi z podrasowanymi resorami i nowym tłoczyskiem amortyzatora.
Jednak w domu wakacyjne perspektywy zmieniały się z dnia na dzień – raz, kiedy mąż oznajmił, że tego lata nie może wziąć urlopu, drugi, gdy syn nieodwołalnie postanowił jechać na letni obóz konny do stadniny w Białym Borze.
Zanosiło się na to, że pojedzie sama. Mogłaby co prawda zabrać kogoś ze sobą – to była najmniejsza trudność – ale nie! Chciała się sprawdzić w sytuacjach nieznanych, nietypowych, by dowiedzieć się czegoś o sobie, sprawdzić jak będzie z jej lękiem przed samotną jazdą „starym rzęchem przesiąkniętym zapachem marychy”, jak sobie poradzi, kiedy nawali coś, czego nie przewidziała. W końcu taunus, to nie była „nówka-pewex”, o czym tak niedawno się przekonała. No i wreszcie, jak trafi do miejsca wytypowanego palcem z mapy, z zamkniętymi oczami. Jedno wiedziała na pewno, że chce do lasu, a las ma być przepastny, świerkowy, dziki i pachnący. Najlepiej Bory Tucholskie. Nawet słowo „bory” w nazwie wróżyły przygodę. Bory, to nie jakiś tam zwykły lasek. Wszystko razem miało posmak survivalu. Powinna powiedzieć – survivalu dla poczatkujących.
Ciągle jednak wyłaził z niej cholerny tchórz i znów rozważała możliwość zabrania kogoś ze sobą. Wreszcie przyszło jej na myśl, że ktoś, kto nie miałby w sobie odrobiny jej szaleństwa, byłby tylko kulą u nogi. A o szaleńców w jej otoczeniu było raczej trudno, zaś inni nie wchodzili w rachubę. Ta myśl uspokoiła wahania. Jeden problem miała z głowy. Przyszedł czas na wytypowanie docelowego miejsca. Rozłożyła na stole dokładną mapę Borów Tucholskich i zorientowawszy się gdzie mniej więcej jest ich centrum, zamknęła oczy i palcem dotknęła mapy. Teraz mogła spojrzeć, co zgotował jej ślepy los. Otworzyła oczy. Pod palcem zobaczyła maleńki symbol poroża, co oznaczało, że tam właśnie jest leśniczówka. Przy porożu malutki napis: Rosochatka. To był dobry znak.
Jak zwykle, jej sądy były pochopne i dopiero po zastanowieniu zaczynała dostrzegać wielość możliwości. Tu też tak było. Skąd na przykład wiadomo, że był to dobry znak? A może zły? Może leśniczówka jest niezamieszkała? Może, ryzykując na wertepach pęknięcie tłoczyska amortyzatora trafi w niej na ludzi nieprzyjaźnie nastawionych do obcych? Poszczują psami zanim przestąpi próg i przejedzie pół Borów po to tylko, by pocałować klamkę? Gdzie wtedy przenocuje, gdy zrobi się ciemno? Sama, w samochodzie? W nocy? W środku lasu? Brrr, ciarki chodziły jej po plecach tylko od samych myśli, a co dopiero, gdyby naprawdę znalazła się w takich tarapatach? Mnóstwo tego typu pytań – jedno za drugim lęgło się w jej głowie i w końcu poczuła się tak zmęczona, jakby istotnie przeżyła bezsenną noc w Borach.
Nie zamierzała jednak zmieniać planów – o nie! Klamka zapadła.
Pomyślała o czymś przyjemniejszym. Nawet w szkole przetrwania jaka ją czekała, musi być miejsce na niecodzienne rozrywki. Przecież w lesie nie będzie chodziła do kina ani na ploteczki do kawiarni. Wtedy postanowiła zaopatrzyć się w broń. Na wiatrówkę nie było potrzebne zezwolenie i znajomy chętnie ją pożyczył. Chodząc sama po lesie, z wiatrówką na ramieniu będzie się czuła bezpieczniej, a poza tym, będzie mogła zaaranżować na podwórku leśniczówki zawody strzeleckie. Kiedyś strzelanie do celu nieźle jej wychodziło i stwierdziła, że jest okazja, aby sobie odświeżyć dawne umiejętności.

Między wypisywaniem arkuszy ocen i świadectw, układała na sofie wszystko, co może się przydać na wyprawie – blokowo i według klucza. Na przykład:
Grzyby. Co będzie potrzebne? Koszyk, nożyk, kalosze, kapelusik przeciw kleszczom, chustki do nosa, aparat fotografczny itp. Układanie przedmiotów do zabrania znakomicie skracało czas oczekiwania na wyjazd. Właściwie była już jedną nogą na wakacjach…

W końcu wyruszyła w drogę. Tanus miękko kołysał się na nowych resorach, amortyzatory działały jak należy, pięknie wchodził w zakręty i palił zupełnie przyzwoicie. Słoneczna pogoda trwała nieprzerwanie. Halina bez żalu opuszczała miasto pełne hałasu, smrodu spalin i ciasnoty. Było jej tak dobrze, że do Rosochatki pojechała okrężną drogą na południowy wschód. Chciała zobaczyć Warlubie, miejsce urodzenia teścia. Starała się jechać równo, bez żadnych niepotrzebnych wyprzedzań i innych ryzykownych ewolucji. Silnik pracował tak cicho, że kiedy wyłączyła radio, słyszała szum mijanych drzew, ptasie śpiewy i brzęczenie owada, który wpadł do auta przez uchylone okno. Po miejskim hałasie te dźwięki brzmiały jak muzyka.
Była tak zamyślona, że z całej przejechanej trasy zapamiętała tylko te miejsca, które w jakiś wyrazisty sposób wyróżniły się z ogólnej monotonii długiej jazdy. Pierwszy postój był w Warlubiu, drugi – przymusowy, w wiosce o nazwie Drzycim, bo tam właśnie złapała „kichę” w tylnym prawym kole! Tego się nie spodziewała! Niezły początek!
Kiedy wysiadła i zobaczyła plackowaty kapeć, zaklęła jak kierowca tira, a nie jak pani profesor, która strofowała rozwydrzonych uczniów za ich stoczniowy język. Dopiero potem rozejrzała się czy nikt nie usłyszał. Zamiast na drogę ubrać się w robociarski kombinezon, jak miejska lalunia założyła białą sukienkę w granatowe wzorki. I co z tego, że wyglądała w niej korzystnie? Mogłoby to mieć wpływ na obniżenie ewentualnego mandatu za jakieś drogowe przewinienie, ale nie przy wymianie koła! Groziło jedynie zbeszczeszenie czystej bieli sukienki. A paniusia splamiona smarami, to raczej powód do kpin i śmiechów, nie zaś do jakiegokolwiek współczucia.
Nie zwlekając, zabrała się do brudnej roboty. Wreszcie w tej mieścinie o nazwie, która przypominała zgrzyt tłuczonego szkła, nikt jej nie znał. Póki jeszcze nie zdążył się zebrać wokół auta żądny sensacji drzycimski tłumek, otworzyła bagażnik i wyjęła podnośnik. Ledwie go podstawiła pod sflaczałe koło, a już zjawiło się kilku wioskowych wyrostków w wieku uczniów podstawówki. Zobaczywszy jak damulka w białej sukience zaczyna podnosić tył sporego samochodu, na ich twarzach pojawiały się jeden za drugim cyniczne uśmieszki. Niektórzy, trzymając ręce w kieszeniach pluli na boki, a najstarszy, wyrośnięty, ten z najgłupszą gębą, żując zawzięcie źdźbło trawy, założywszy ręce zaczął się bezczelnie i głośno śmiać! Chętnie strzeliłaby mu w tyłek z wiatrówki, którą miała w bagażniku. Nagle Halina przypomniała sobie, że bagażnik jest otwarty, a wiatrówka leży na samym wierzchu!!! Wioskowy osiłek, który zapewne ze trzy razy zimował podczas nauki w szkole, mógł ją bez trudu złapać i zbiec do lasu. Konsekwencje mogły być opłakane.
Czym prędzej zatrzasnęła bagażnik. Impet z jakim to uczyniła był tak potężny, że podlewarowany samochód zaczął powolutku osiadać na piaszczystym podłożu…. No tak… ze zdenerwowania zapomniała podstawić pod podnośnik deskę, jak to się zwykło robić, kiedy auto stoi na miękkim podłożu. Bardzo była przezorna i woziła ją w razie czego w bagażniku…. No i „w razie czego” akurat nadeszło…
Wtedy to właśnie odezwała się w niej cała nauczycielska moc poskramniania takich typków jak ci, którzy ośmieleni przez bezczelnego cwaniaczka, rżeli już ze śmiechu bez żadnych oporów. To był ostatni moment, kiedy okiełznanie szczeniaków było jeszcze możliwe. I jak nigdy w szkole nie podniosła głosu, tak tym razem, trzymając się pod boki wrzasnęła na całą wiochę:
– I co tak stoicie jak ostatnie łamagi! Biegiem do kowala po podnośnik do traktora, bo jak za pięć minut go nie przyniesiecie, to was rozniosę tym karrrabinem co leży w bagażniku! Biegiem!
Nie minęło pięć minut jak już nieśli podnośnik.
Nawet na sekundę nie mogła spuścić z tonu. Poszły same rozkazy, żadnego „ciu, ciu, ciu”.
– Jak masz na imię?! – warknęła do wioskowego osiłka, zapewne słusznie myśląc, że jeśli jego uda się go spacyfikować, to reszta będzie potulna jak baranki. Trzymał fason – nie odpowiedział. Jednak któryś z kolesiów nie wytrzymał napięcia i zdradził jego imię. Nie czekała na reakcję.
– No to Antek! Bierz się do roboty! Jesteś najsilniejszy! Zobaczymy, kto się teraz będzie śmiał! Musiała mu wjechać na ambicję. Nie byłoby wesoło, gdyby najsilniejszy stracił mir w gromadzie. Nie miałby życia. Cała wioska wzięłaby go na języki. Zabrał się do lewarowania całkiem fachowo. Chyba musiał to kiedyś robić.
– Niech ci pomogą! – dodała rozkazującym tonem. Pogoń to towarzystwo! – obdarzyłam go szczyptą władzy. Nawoływali się wzajemnie i już po chwili znała imiona wszystkich.
– No to jazda! Jurek, podaj Antkowi klucz do odkręcenia śrub. Tam leży, za zapasowym! Antek, odkręcaj! Tadziu, co stoisz jak kołek? Nadstaw łapska na śruby! – dyrygowała, zawzięcie przydzielając zadania. – Franek, nie obijaj się, tylko pomóż Antkowi zdjąć tego kapcia i założyć zapas! – starała się mówić ich językiem. – Zaraz ty będziesz zakręcał śruby, tylko mocno, bo Antek sprawdzi!
Robota paliła im się w rękach, a Halina łagodniała. W ich oczach nie była już paniusią w białej sukience. Najmłodszego wysłała po wodę, mydło i ręcznik, wyjęła z bagażnika ciastka, których sporą torbę, poza innymi wkupnymi prezentami, wiozła do Rosochatki.
Skończyli robotę. Zrobiła tylko techniczny odbiór. Wypadł celująco a jej nie przybyła ani jedna plama na białej sukience…
– Należy wam się poczęstunek, bo nieźle się spisaliście, tylko najpierw umyjcie ręce.
– Dziękuję brygadziście – po raz pierwszy się uśmiechnęła, uroczyście podając rękę Antosiowi. Antek pochylił się i pocałował ją w tę brudną rękę! Umyte ręce zanurzali w torbie i wyciągali ciastko za ciastkiem. Nie zostawili nawet okruszyny.
Potem poszło jak z płatka. Nawet nie musiała mówić. Potoczyli „kapcia” na jakieś podwórko, żeby go zwulkanizować. Gospodarz przywitał się z nią, nalał wody do ocynkowanej wanienki, napompował dętkę i zatopił ją w wodzie. W ten sposób wykrył dziurę. Sprawnie ją zwulkanizował i włożył do opony. Opony bezdętkowe weszły do użycia nieco później. Chłopaki potoczyli gotowe koło do samochodu.
Otworzyła bagażnik i usłyszała jęk zachwytu. Zobaczyli wiatrówkę…
Kiedy Antek z Franiem ładowali zapas założyła ją na ramię. Na koniec delikatnie złożyła broń do bagażnika i zatrzasnęła klapę. Spod oka obserwowała metamorfozę chłopięcych min – od zachwytu do rozczarowania…. Zrobiło jej się ich żal. Wszystko by dali, żeby tę wiatrówkę móc dotknąć, pogłaskać, przystawić do oka…
– Chłopaki! Teraz pokażecie mi jak mam jechać do Rosochatki, a jeżeli tędy będę wracać, to urządzimy zawody strzeleckie do tarczy. Żegnali ją po kolei. Mały Józio powiedział cicho: – To na drogę – i zza koszuli na wolne siedzenie wysypał kilka jabłek…

Zaczęły się leśne wertepy. Jechała powoli, ostrożnie omijając liczne dołki i wystające korzenie. Trochę trwało zanim dojechała na miejsce. Leśniczówka z czerwonej cegły wyglądała okazale. Podjechała pod płot i wyłączyła stacyjkę. Natychmiast wybiegł jej naprzeciw szorstkowłosy wyżeł, skoczył brudnymi łapami na białą sukienkę i polizał Halinę po twarzy. A już myślała, że chce jej przegryźć gardło. Polubiła go natychmiast i na zawsze. Miał brązowy jak czekolada łeb, osadzony na silnym karku. Dalej sierść była brązowa biało nakrapiana i tylko kawałek grzbietu i zadka pokrywały jednolite brązowe łaty. Co tu gadać – bydlę było po prostu piękne.
Z leśniczówki wyszła kobieta w kuchennym fartuchu. Przedstawiła się bez ceregieli: – jestem Krysia Borkowska – leśniczyna. – Pik, uspokój się! Leżeć! Proszę się nie bać, on tak zawsze.
Halina również przywitała się i powiedziała o co chodzi. Krysia Leśniczyna bardzo się ucieszyła. Widać, że brakowało jej na tym odludziu babskiego towarzystwa.
Kiedy Halina ledwie napomknęła o swojej drzycimskiej przygodzie, leśniczyna natychmiast wprowadziła ją do obszernej kuchni i powiedziała: – To pani na pewno głodna i zmęczona. Nie czekając na odpowiedź, nakryła stół i po chwili postawiła przed nią miskę błyskawicznie przygotowanej jajecznicy z pajdą swojskiego chleba.
Jej empatia była zaskakująca i wzruszająca. To była uczta, po której Halina poczuła, że zamykają jej się oczy.
– Mąż przyjedzie za godzinę, może dwie, ale nie będziemy czekać, poznacie się jutro rano. Poprowadziła zmęczoną Halinę na stryszek do małego pokoiku i wręczyła klucz. Łóżko było pościelone, jakby na nią czekało…

Niemal natychmiast zapadła w sen. Śniła, że zewsząd ogarnia ją ciemny bór i tylko długie światła samochodu rozjaśniają ciemności. Czasem w snopie światła zaświeciła jakaś para zwierzęcych oczu. Droga była strasznie dziurawa i zdawała się nie mieć końca. Jechała bardzo wolno. Tymczasem taunus zamieniał się w wannę. Po chwili już nie jechała, ale niczym poduszkowiec płynęła tuż nad drogą. Już nie musiała się bać o resory, o amortyzatory. Bała się tylko ciemności. Zrobiło jej się chłodno. Zatrzymała się, by wyjąć z bagażnika sweter. Otworzyła klapę i osłupiała z wrażenia… W bagażniku spał drzycimski osiłek Antoś przytulony do Pika. Psu musiało się śnić, że biegnie, bo łapy mu drgały. Antek cicho pochrapywał nie wypuszczając z rąk wiatrówki. Delikatnie, by nie obudzić, wyjęła sweter i zostawiła ich w spokoju. Poczuła się bezpieczniej, mając za sobą te dwie żywe, niedawno poznane istoty. W lesie pachniało igliwiem i grzybami. Od leśnej drogi ciągnęło chłodem. Szybko wsiadła z powrotem do auta i dopiero wtedy usłyszała przed maską warkot motorynki. Wiedziała, że to jest leśnik mimo, że nie widziała jego twarzy. Nie miała pojęcia skąd wiedziała, że to on, skoro jeszcze nie zdążyła go poznać. Pilotował taunusa do swojej leśniczówki, którą niebawem ujrzała. Wyglądała bardzo dziwnie. To było porzucone w lesie ogromne poroże… Na jednym z odrostków zahaczył się jasny księżyc… Świtało…

Halina obudziła się i sięgnęła po zegarek. Była dziewiąta! Dawno nie spała tak długo. Zerwała się z pościeli, otworzyła na oścież niewielkie okienko i spojrzała na las. Był przepastny, świerkowy, dziki i pachnący, taki jak miał być, o jakim zawsze marzyła, patrząc ze swojego bloku na stojące w pobliżu warsztaty samochodowe, parking i pobliską stację benzynową – te miejskie szkaradzieństwa i szemraną cywilizację. I choć okna w jej mieszkaniu były spore, to niewielkie okienko na stryszku leśniczówki z łuszczącą się farbą, bezwzględnie wygrywało. Sprawiał to widok za nim. Pośpiesznie ochlapała się w misce z wodą, której wczoraj, biorąc azymut prosto na łóżko, w ogóle nie zauważyła. Złapała prezenty i zbiegła na dół.

Państwo Borkowscy prawie kończyli śniadanie. Na ławie obok leśniczego leżała czapka i brązowa skórzana raportówka. Pewnie wybierał się do nadleśnictwa, albo na obchód lasu i czekał tylko, by poznać Halinę. Przywitał się tak, jakby tu była starym domownikiem.
– Henryk jestem. Nazwisko znała od wczoraj. Leśniczy wyglądał na nieco starszego od niej, był szczupłym, czerstwym mężczyzną. Oczy, jak przystało na leśniczego, miał zielone. Lekko siwiejące włosy były nieco przerzedzone a gdzieniegdzie między nimi wystawały dziwne kuliste twory. Wyglądały na kaszaki. Natychmiast zauważył, że je dostrzegła i z humorem uprzedził pytanie, którego ona na pewno by nie zadała.
– Jestem odnóżką kaktusa, który nazywa się opuncją – powiedział i z wesołym uśmiechem przetarł głowę dłonią. Z pewnością pani widziała w jakimś ogrodzie botanicznym? Niektórzy miłośnicy hodują je w domu. Na przykład moja żona… Znów szczerze się zaśmiał. Podobało jej się, że ze swojej przypadłości nie robił problemu, a już na pewno nie była ona źródłem jakichś kompleksów. W ogóle wyglądał na kogoś prostolinijnego i dobrodusznego, obdarzonego poczuciem humoru, które to cechy przypisała jego zażyłości z bujną naturą. Pani Krysia też stanowiła jej część. Objawiało się to przede wszystkim w bujności jej kształtów, ale też w niezwykłej gościnności i dbałości o domowników.
Pik, który poczuł zapach śniadania, przednimi łapami skoczył na klamkę i w ten sposób sam otworzył sobie drzwi z podwórka do kuchni. Bujna Krystyna już dawno przygotowała mu michę. Najpierw jednak obiegł wokół stół i przywitał się ze wszystkimi, dotykając zimnym, wilgotnym nosem wyciągające się w jego stronę dłonie. Umiał się zachować.
Jeszcze chwilę porozmawiali i pan Henio zaczął się zbierać do wyjścia. Istotnie miał jechać do nadleśnictwa w Śliwicach, by uzgodnić z nadleśniczym działalność koła myśliwskiego w swoim rewirze. Wszyscy wyszli przed dom. Leśniczy przewiesił przez ramię skórzaną raportówkę, założył na głowę służbową czapkę, dosiadł motorynki i ze śmiesznym terkotaniem niewielkiego silniczka ruszył piaszczystą leśną drogą do Śliwic. Pik odprowadził go do zakrętu i wrócił.
Halina pomogła Krysi sprzątnąć po śniadaniu. Pogadały przy tym na temat warunków pobytu i planów na pięknie zapowiadający się dzień. Przede wszystkim rekonesans okolicy. Załadowała niewielki plecak, wyjęła z bagażnika łubiankę i turystyczną lekką bambusową laseczkę z przybitymi do niej blaszanymi emblematami alpejskich schronisk. Kupiła ją kiedyś w Wyczechowie w niewielkim sklepie ze starociami. Pewnie należała do jakiegoś Niemca, któremu zabrakło pieniędzy na pierogi z borowikami w pobliskiej kaszubskiej karczmie. Miała metalowy szpic, który dobrze wbijał się w podłoże i mógł również służyć do obrony. Nie musiała chodzić z wiatrówką. Ruszyła w las.

Szła wolno, uważnie rozglądając się wokół. Przyzwyczajona do bukowego lasu, który otaczał Dolinę Radości w pobliżu Oliwy, tu czuła się nieswojo. Tamten las był liściasty i blisko domu. Często tam jeździła, kiedy potrzebowała spokoju i bliskości natury. Tu – iglasty, sosnowo świerkowy, przez co zupełnie odmienny, choć miał zaspokoić te same potrzeby. Drzewa wyższe, ciemniejsze, bardziej tajemnicze. Niepokoiła ją świadomość jego ogromu, bliskości dzikiej zwierzyny, możliwość niezauważenia kłusowniczych pułapek i plątanina piaszczystych duktów, które w pewnym momencie mogły się przeistoczyć w zawikłany labirynt bez wyjścia. Potrzebne było przyzwyczajenie do nowego środowiska i pozbycie się warstw miejskiego palimpsestu niczym kolejnych fatałaszków w upalny dzień.
Leśna aura, przecudne aromaty przesycające powietrze, niespotykane w mieście dźwięki, przenikały ją coraz bardziej i głębiej, coraz bardziej oddalały się niepokoje i z każdym niemal krokiem zdawały się tracić jakąkolwiek racjonalność. Las stawał się z wolna coraz bliższy, spokojniejszy. skłaniający do rozmyślań. Czuła się jak w świątyni. Z głową zadartą do góry, szła po nawach leśnych duktów, podziwiając z wielkim nabożeństwem gałązkowe witraże na wiecznie zmieniających się kolorach nieba. Patrzyła w zachwycie na kolumny pni podpierających niebieskie sklepienie, słuchała w uniesieniu jego muzyki utkanej z ptasich świergotów, kwileń, dzwonień i treli. Kiedy z pokorą pochylała głowę, las zachwycał aksamitnym mchem i liliową mgłą wrzosów. Nagrzany słońcem, pełen kadzidlanych zapachów igliwia, żywicy i grzybów, przyprawiał o cudowny zawrót głowy, jakiego doznają tylko zakochani. Zaskakiwał też dźwięcznymi zestawieniami kolorów – świetlistą czerwienią muchomorów na tle soczystej zieleni leśnego mchu. Syciła oczy, wiedząc, że wszystko co tu widzi, przyda jej się w malowaniu ulubionych akwarel.
Słońce przebijało się przez gałęzie i pokrywało jasnymi ruchliwymi plamami biały piasek drogi obrzeżonej po obu stronach zmierzwionymi grzywami wrzosów. Takie miejsca często bywają siedliskiem borowika. Przyjrzała się uważniej, odchylając wrzosy laską. Nie trwało długo, gdy znalazła pierwszego i ucałowała „na szczęście”. Niby przesąd, a pomogło. Za chwilę znalazła całą rodzinę. Ich, lśniące brązowe kapelusze przypominały jesienne kasztany wyłuskane z pękniętych, najeżonych kolcami łupin. Łubianka okazała się zbyt mała na taki urodzaj. Zeszła z duktu, zaznaczając na piasku strzałkę, żeby nie zabłądzić. To taki jej leśny zwyczaj.
Las w tym miejscu nie był zbyt gęsty. Nic nie przesłaniało rozległej perspektywy. Brodząc w borowinach i krzewinkach czarnych jagód, nagle w dali zauważyła stadko płowych saren. Stały jak posążki i patrzyły w jej kierunku. Zamarła w bezruchu. Kolor ich sierści rozjaśniony przez słońce zdawał się być złoty, co na tle delikatnego błękitu perspektywy powietrznej wyglądało po prostu zjawiskowo. Złoto z błękitem – takie połączenie kolorów zawsze wydawało jej się niezwykle szlachetne. Używała go w akwareli, wtedy, gdy zamierzała wydelikatnić obraz, sprawić wrażenie przestrzeni. Teraz miała ten efekt przed sobą, niejako podsunięty przez samą naturę, by ją upewnić w malarskich intuicjach. Uznała, że na pierwszy raz dosyć było wrażeń i zawróciła do leśniczówki.
Mniej więcej podobnie mijały następne słoneczne dni. Poszerzał się jedynie leśny rewir. Pik, który coraz częściej urywał się z gospodarstwa, aby z nową „przyszywaną” panią pobuszować po lesie. Szalał ze szczęścia. Głośno galopował po ścieżkach, by nagle zniknąć na dłużej, a potem jak gdyby nigdy nic, wracał zziajany z pianą na pysku i przez jakiś czas szedł potulnie przy nodze ze zwieszonymi uszami, które wydawały się dłuższe niż zazwyczaj. Halina nosiła w plecaku wodę dla obojga, a dla Pika stalową miseczkę, bo choć pojętny, pić z butelki nie umiał.. Po każdej eskapadzie swoimi własnymi szlakami, gdy wracał złachany, dopadał do miski, a jego jęzor podobny do różowego płatka szynki pracował niczym wirnik. I po chwili spokojnego spaceru znów go ponosiło.
Wykrywając nowe siedliska leśnego runa, Halina znów zobaczyła sarny. Tym razem biegły przez przejrzysty obszar lasu. Może to Pik je wystraszył? Widziała też watahę dzików buchtujących pod starymi dębami. Bała się dzików, więc schowana za grubą sosną czekała bez ruchu tak długo, aż poszły na inne miejsce. Obrazy przesuwające się przed jej oczami miały jakąś mistyczną wymowę. Budziły pragnienie malowania akwareli – lekkich i ulotnych, z inkluzją atmosfery, która ją obejmowała. Do leśniczówki wracała jak pijana. Odurzona leśnym powietrzem słaniała się na nogach, marząc o odpoczynku przy otwartym okienku na stryszku. Leżąc na łóżku, myślała jak już niebawem będzie tęsknić za tym małym okienkiem, za lasem, który zdawał się wnikać do wnętrza pokoiku, za Pikiem galopującym leśną, piaszczystą drogą i za uroczymi gospodarzami.
Borowiki suszyły się nad kuchnią z fajerkami, na których pogrzebaczem wygrywała swoje kuchenne rytmy bujna Krysia Leśniczyna. Ich zapach unosił się na strych, gdzie gęstniał i mieszał się z zapachem wędzonej w kominie słoniny i boczku. Te domowe zapachy mąciły w głowie. Krysia od czasu do czasu wchodziła na górę, by na sznurach rozwiesić pranie. Przy okazji otwierała w kominie metalowy szyber, by odkroić do porannej jajecznicy, albo do grochówki na obiad słuszną porcję wiszącej tam wędzonki.
Któregoś popołudnia, gdy pan Henio zaznaczał w lesie chore drzewa, zjawił się w leśniczówce młody mężczyzna. Nawet nie zapukał do drzwi, tylko cicho wszedł do kuchni – jak do swojej! Krysia podniosła tak straszliwy rejwach, że Halina bez najmniejszego namysłu złapała wiatrówkę i zbiegła na dół, by bronić jej przed intruzem. Młodzieniec ściskał Krysię w silnych ramionach. Kiedy zobaczyła uzbrojoną Halinę, zawołała: – Proszę nie strzelać! Proszę nie strzelać! To Franek! To mój syn !!! Jeszcze chwila a Franek miałby podziurawiony tyłek. Przyjechał do domu na przepustkę z wojska. Miał tu siedzieć cały tydzień. Franio uściskał Halinę tym mocniej, że zachował życie, które zaledwie przed chwilą zawisło na włosku. Kiedy leśnik wrócił z lasu i wszyscy zasiedli do obiadu, opowieść o wiatrówce bardzo go rozbawiła i z humorem wygłosił pochwałę Haliny za jej obronną postawę wobec molestowanej żony. Na koniec uczty uczciwie zakrapianej jej prezentem, wszyscy przeszli na „ty”. Leśna rodzina nieźle miała w czubie. W takiej atmosferze nikt nie zauważył kiedy zrobiło się ciemno.

Następnego dnia rano, na podwórku działy się rzeczy straszne! Wszyscy jeszcze spali, gdy Franuś wziął ojcowski myśliwski karabinek i wymknął się z Pikiem do lasu. Kiedy wrócił, przy jego wojskowym pasie wisiało kilka martwych dzikich królików…
Osłupiała Halina patrzyła, jak te śliczne zwierzątka, jedno po drugim, zawieszał na haku wbitym w mur leśniczówki, nacinał im skórkę przy skokach i przednich łapkach, a potem jednym pociągnięciem zdzierał ją w całości. Wywinięta na lewą stronę połyskiwała niebieskimi błonami jak wołowa polędwica. Głowa zostawała wewnątrz tego błękitnego worka.
Pik oszalał. Złapał pierwszy z nich i zaczął połykać, bez pogryzienia, razem z głową i z sierścią, która była wewnątrz. Przełykał raz za razem, a oczy coraz bardziej wychodziły mu na wierzch. Halina nie mogła ruszyć się z miejsca. Patrzyła na tę straszną scenę, która jak sądziła, musiała zakończyć się śmiercią psa. Skóra znikła wreszcie w jego pysku, a on sapnął z zadowoleniem i ciężko dysząc położył się na trawie. Nie mogła zrozumieć jak on to bez szwanku połknął. Franek pocieszał, że to normalne, że Pik już nie raz tak łykał, że mu to nie zaszkodzi, ale ona już zaczęła knuć w myślach plan bezkrwawej zemsty na Franku… za tę króliczą jatkę, którą jej tak bezceremonialnie zafundował… za Pika, który nieomal się udusił. Zamierzała okrutnie zhańbić jego wojskowy honor…
Te nieoczekiwane sceny zupełnie wyprowadziły ją z równowagi i tego dnia po raz pierwszy nie przyszła na obiad. Pod pozorem telefonu do domu i zrobienia zakupów, o które poprosiła Krysia pojechała do Śliwic, by tylko nie być na obiedzie. W śliwickiej knajpie zjadła pierogi z jagodami. Tego dnia nie przełknęłaby mięsnego dania… Starała się wrócić dość późno, by nie trafić na kolację. Położyła zakupy na kuchennym stole i poszła do siebie.
Minęły dwa dni. Halina włóczyła się po lesie znacznie dłużej niż zazwyczaj. Wracała do leśniczówki i pod pretekstem zmęczenia natychmiast szła na górę. Zamykała drzwi na klucz i czytała aż do chwili, kiedy zasypiała nad książką.

Następnej nocy usłyszała ciche pukanie do drzwi pokoiku… Zegarek pokazywał czwartą rano. Spojrzała w okienko. Było ciemno. Tylko na wschodzie niebo delikatnie różowiało. Ostrożnie uchyliła drzwi. To był Henio. Szeptem zapytał czy może na pół godziny pożyczyć samochodu. Nie miała ochoty na rozmowę i wypytywanie po co mu potrzebny ten samochód w środku nocy. Bez ociągania dała kluczyki i powiedziała, że odbierze przy śniadaniu. Po chwili ostrożnie spojrzała w okienko. Henio usiadł za kierownicą, obok niego Franek. Cofnęła się, żeby jej nie zobaczyli. Położyła się z powrotem, ale sen nie wracał. Czuła się dziwnie, jakby uczestniczyła w czymś niedobrym. Tylko nie wiedziała w czym. Trwała w napięciu, co chwilę spoglądała na różowiejące niebo i nasłuchiwała czy wracają. Nad niewielką polanką sąsiadującą z leśniczówką unosiła się cienka warstwa porannej mgły. Niebawem usłyszała stłumiony warkot silnika…
Podjechali pod samą bramę. Pierwszy wysiadł Franek. Otworzył bagażnik i wywlókł z niego spory szary plastykowy wór zapięty na błyskawiczny zamek, taki, jakich używa się do przewożenia zwłok… Ścięło ją z nóg… Henio w tym czasie otwierał bramkę na podwórko, a potem pomógł Frankowi wnieść ciężki wór do domu. Po chwili wrócił, by zamknąć samochód. Obszedł go wkoło jakby czegoś szukał… Pik wściekle ujadał zamknięty w komórce. To się wcześniej nie zdarzało. Zwykle spał w kuchni na swoim legowisku… Nie widziała nic więcej, bo jej okienko nie wychodziło na podwórko. Słyszała tylko jakieś urywane zdania, szepty, otwieranie i zamykanie drzwi do piwnicy. Potem zaległa złowroga cisza …
O siódmej rano w kuchni był już zwykły ruch. Henio ściszonym głosem rozmawiał z Frankiem, czasem do rozmowy włączała się Krysia. Leżąc jeszcze w pościeli Halina poczuła, że coś smaży się na kuchni. Nie był to zapach jajecznicy na boczku z komina. Zalatywało cebulą.
Przez te dwa dni, mając ciągle w oczach biedne króliki, unikała kuchni i jadła bardzo marnie, raczej przegryzała czerstwą bułkę i popijała ją rozpuszczalną kawą. Zapach smażonej cebulki był jednak bardzo podniecający. Nie wytrzymała. Zeszła na śniadanie.
Nikt nie podejrzewał z jakich powodów opuszczała posiłki. Nie chciała zgrzytów, które mogłyby zepsuć miłą dotąd atmosferę. Myślała, że to Franek jest źródłem jej nagłych frustracji i jak pojedzie do jednostki, to wszystko wróci do normy. Ciągle knuła plan zhańbienia jego wojskowego honoru – zemsty za króliki, za psa i jeszcze za to „coś” w szarym worku, co wlókł z ojcem do piwnicy w leśniczówce. Ciągle ów plan ulepszała, w zależności od zmieniających się okoliczności.
Na śniadanie była smażona z cebulą wątroba. To dlatego tak pachniało… Na liście zakupów w Śliwicach wątroby nie było…! Skąd świeża wątroba w lesie? Pewnie znów jakieś morderstwo – myślała w popłochu. Poprosiła o jajecznicę, że niby nie przepada za wątróbką. Trudno – niech się Krysia obrazi, ale nie mogła się zmusić, by jeść cokolwiek z szarego wora zapinanego na błyskawiczny zamek… Nikt nie domyślił się skąd te fochy. Dopiero kiedy mężczyźni, zagryzając swojskim chlebem, z wilczym apetytem pochłonęli swoje porcje, rozwiązały im się języki i zaczęli opowiadać o nocnej wyprawie. Obaj zgodnie twierdzili, że sarna złapała się we wnyki – w drucianą pętlę zwisającą z gałęzi. Halina pomyślała, że nieszczęsne zwierzę musiało ją sobie zarzucić na głowę i spłoszone zerwać się do ucieczki. Wtedy pętla zacisnęła się i ją zadusiła. Boże, jak się ona musiała męczyć! Zgroza! Na pewno kłusowanie za pomocą wnyków jest procederem trudnym do wykrycia, bo pustą pętlę ciężko zauważyć w gąszczu gałęzi, a zwierzyna, która zostanie schwytana, jest szybko zabierana przez kłusownika. Pewnie stąd był ten dziwny pośpiech o czwartej rano…
Może to i były wnyki, jednak opowieść Henia i Franka nie wyświetliła jasno kto te wnyki założył. Coś w jej głowie zaczynało świtać….
Poszlaki prowadziły na trop Henia. Wszak tamtego popołudnia szedł do lasu znakować chore drzewa… Może to była tylko bajeczka wymyślona na użytek naiwnej kobiety z miasta…? Przecież nigdy późnym popołudniem nie wychodził do lasu. Dość było gospodarskich prac w obejściu, a i w swoim służbowym, przylegającym do kuchni gabinecie, na wielkim rzeźbionym biurku stojącym tyłem do okien, leżały sterty niezałatwionych papierów. Kiedyś nawet pokazał Halinie zaległe raporty do nadleśnictwa. A potem – co było dla niej znacznie bardziej interesujące – prezentował różne rodzaje myśliwskich strzelb, które stały rzędem na stojaku. Wśród nich był kabekaes , który rozpoznała natychmiast, bo w liceum dzięki właśnie takiemu zręcznemu karabinkowi zdobyła laury na międzyszkolnych zawodach strzeleckich.
Zatem popołudniowe znakowanie drzew zupełnie jej nie pasowało. Nie znalazła żadnego uzasadnienia, aby wtedy właśnie było konieczne.
Rozpatrywała jeszcze inny wątek. Zastanawiało ją jak powinien zachować się leśnik, który przez przypadek natknął się na martwą zwierzynę we wnykach. Logicznie rzecz biorąc, wiedząc, że kłusownik musi się szybko zjawić, powinien się przyczaić, by złapać go na gorącym uczynku. Dlatego powinien chodzić z bronią. Doskonale pamiętała, że Henio, kiedy szedł „znakować drzewa”, na pewno broni ze sobą nie miał…! I te strzępki zdań, wymieniane z Frankiem, które wtedy nie miały dla niej znaczenia…. „sprawdź na podwórku, czy Pik czegoś nie wywlókł…” albo: „tam trzeba trochę zagrabić”… Teraz te zdania nagle stały się bardzo istotne. Świadczyły o zacieraniu śladów! Pasowało! Wynikało stąd jasno, że i ten wątek prowadził do tej samej konkluzji co poprzedni: Henio kłusował! Leśniczy! Jak to się stało, że na początku tak pozytywnie go oceniła? Zwykle nie najgorzej sobie radziła z oceną ludzkich charakterów. Co z jej bezbłędną intuicją? Nie było sensu w tej sytuacji zajmować się psychologią. Na pierwsze miejsce wysunął się plan. Sprawa sarny niejako przypieczętowała konieczność wprowadzenia go w czyn, tym bardziej, że zbliżał się dzień wyjazdu Franka do jednostki.

Po południu znów poszedł z bronią do lasu. Pewnie na dzikie króliki. Czas naglił.
Halina leśnika miała po swojej stronie. Wreszcie pożyczyła mu taunusa, czyż nie? Był jej dłużnikiem? Był. Teraz ona poprosiła go o kabekaesa, którego trzymał w gabinecie. Powiedziała, że chce sobie przypomnieć dawne szkolne czasy i postrzelać do tarczy. Przemyślnie miała ją przygotowaną wcześniej. I pinezki do przypięcia na drzwiach stodoły. Zgodził się natychmiast. Szybko przygotowała prowizoryczną strzelnicę. Henio przyniósł karabinek i pudełko nabojów. Zręcznie złapała kabekaesa, załadowała i złożyła się do strzału. Pogratulował i uspokojony, że wszystko robi fachowo odszedł do swoich zajęć. O czymś bardzo ważnym nie miał pojęcia. Dobrze mu tak! Zajadle ćwiczyła. Szło coraz lepiej. Kiedy Franek wracał z króliczej masakry, była gotowa. Znów dyndały mu przy wojskowym pasie zabite króliki….O, nie!!! Długo będziesz je pamiętał zbrodniarzu!

Teraz trzeba było tylko dobrze zagrać spektakl. Nie mogła sobie pozwolić, żeby jej plan się nie powiódł. Nie darowałaby sobie do końca życia!
Odpiął pas, pozdejmował małe trupki. Teraz Krysia zabrała się za nie… Więc ona też?! Więc i ona taka sama jak oni… !
Leśniczówka stawała się coraz bardziej podobna do ogromnego poroża, jakie śniło się jej pierwszej nocy. Tylko teraz, na odrostku zamiast księżyca zawisła martwa sarna i martwy królik, którego Krysia Leśniczyna właśnie skończyła obdzierać ze skóry…
.
Wtedy zaproponowała Frankowi zawody w strzelaniu. Ach, jak się ucieszył! Ojciec przyniósł im jeszcze jedno pudełko nabojów. Przypięła do drzwi stodoły nowiutką papierową tarczę… Franek spojrzał na nią z politowaniem, kiedy przystawiła kolbę do lewego ramienia. Przypisał to jej kompletnej ignorancji. Nie wiedział, że prawe oko miała do niczego. Zawsze strzelała z lewego ramienia, nawet na zawodach i że właśnie ten fakt wykorzystuje w swoim planie….
– Nie tak! Strzela się z prawego! – zakrzyknął ze znawstwem. Tak go uczyli w wojsku. Ale Halina nie miała powodu słuchać jego rozkazów. – Znawca od siedmiu boleści, bałwan i dupek – myślała z satysfakcją.
– Eeee, co tam, spróbuję z lewego… – odparła niedbale, jak ostatni dyletant.
Franek poczuł, że góruje, zanim się wszystko zaczęło. Nie wiedział, że nawet takie szczegóły były z góry zaplanowane…
Paf! – walnęła pierwsza do tarczy. Dla zmylenia przeciwnika celowała w piątkę mimo, że to kłóciło się z zakorzenionym w podświadomości obowiązkiem celowania w samo centrum.
Paf ! – znów powtórzyła scenariusz! Tym razem wypadło gorzej. Dziurka w tarczy była na czwórce. Paf! Jeszcze gorzej!
Trzeba było widzieć jego butną minę.
Teraz była jego kolej. Załadował, i uśmiechając się półgębkiem spojrzał na nią lekceważąco.
Paf! – wypalił z przekonaniem, że jego wynik będzie lepszy. No i był. Siódemka!
Paf! – dziewiątka! Trochę połaskotała ją po plecach ambicja, ale za trzecim strzałem spadł o dwie cyfry. I tak był dużo, dużo lepszy.
Jak dotąd, jej plan realizował się bez zarzutu…
Teraz była jej kolej. Palnęła z lewego ramienia… w dziesiątkę!!! Mina mu zrzedła. No to ona jeszcze dwa razy – to samo!!! Dziesiątka i dziesiątka! Też z lewego ramienia!
W jego oczach ujrzała zły błysk. Pomyślała, że zaraz, gdy tylko weźmie do ręki broń, zamiast strzelić do tarczy, wyceluje w nią i zastrzeli bez żalu… jak królika…
Zawody trwały. Jeszcze żyła…
Im bliżej centrum plasowały się jej wyniki, tym bardziej jego, jak te nieszczęsne króliki, odskakiwały na obrzeże.
I wtedy stało się coś, co Halina obiecywała sobie każdego wieczoru, od kiedy Franek z satysfakcją przyniósł pierwsze zabite stworzenia. Przezornie nie wypuszczała z rąk karabinka.
– I co??? – zakpiła ze zgryźliwym uśmieszkiem na twarzy – coś słabiutkie to Wojsko Polskie, oj słabiutkie, aż strach pomyśleć, że miało by nas bronić przed wrogiem…
Jeszcze się trzymał w garści. Halina zerwała tarczę z drzwi, dokładnie ją złożyła, na odwrocie napisała dedykację: „Dzielnemu strzelcowi Franciszkowi – zamordowane króliki.i sarna – Rosochatka, dnia tego i tego”. Wręczyła. Kiedy przeczytał dedykację zauważyła, że z wściekłości drżą mu ręce. Mocniej przycisnęła karabinek. To była koda tego planu, który od kilku dni przygotowywała w najdrobniejszych szczegółach. Franusiowy honor taplał się w błotku przed stodołą. W końcu „dzielny wojak Franek” nie wytrzymał. Cisnął resztę nabojów pod jej nogi i pobiegł w stronę lasu, potrącając wszystko, co napotkał po drodze.

Już wieczorem była spakowana.
Rano zdziwiona Krysia zapytała – Co? Już jedziesz?
– Za parę dni zaczyna się rok szkolny. Wiesz, jak to w szkole, najpierw jest Rada Pedagogiczna i takie tam rzeczy. Muszę się przygotować. Krysia pobiegła do domu, a Halina sprawdzała poziom oleju przed podróżą. Poszła jeszcze umyć ręce. W tym czasie Krysia coś umieściła w bagażniku, natychmiast go zatrzaskując … Tylko Halina wiedziała, że pożegnały się na zawsze…

Wracała przez Śliwice. Do Oliwy było bliżej niż przez Drzycim. Na początku eskapady tak cieszył ją „zmartwychwstały” taunus, że wybrała dłuższą trasę. Teraz nie było już tak przyjemnie. Dręczyło ją sumienie, że nie dotrzymała obietnicy swoim pomocnikom z Drzycimia. Co prawda zaznaczyła, że „JEŻELI” będzie wracać przez Drzycim…. Ale czy oni zrozumieli to zastrzeżenie? Najpewniej zapamiętali tylko to, co chcieli zapamiętać. Tłumaczyła się sama przed sobą, ale sumienie nadal męczyło. Dobrze, że chociaż taunus pachniał już żywicą a nie marychą.

Po powrocie pierwsze kroki skierowała do Burczusia. Opowiedziała drzycimską przygodę. Spojrzał na nią z podziwem. Pochwalił zaradność. Halina podziękowała za świetne przygotowanie rzęcha do podróży i wręczyła mu prezent z Borów Tucholskich – coś, co Krysia zatrzasnęła w bagażniku.
To był duży słój zamarynowanych w kwaśnym mleku tuszek dzikich królików…

Cytaty

Najnowsze komentarze