Tkanina życia

Tego wieczoru siedzieliśmy przy samej herbacie. Bezpowrotnie skończyło się pojadanie frykasów.  Limit się wyczerpał – zaczęły się choróbska. Najpierw Henryk opowiadał swoje przeżycia z USG tętnic szyjnych i rozważał możliwość, a właściwie konieczność rzucenia palenia.  Lekarz porządnie go musiał nastraszyć.  Doskonale wiedziałam co się z nim dzieje i postanowiłam zwekslować rozmowę na inne tory. Zaczęłam więc narzekać na swoje malowanie:
– Czuję się jakaś stłamszona, czuję, że zabrakło mi wyobraźni, brak mi „odlotu”, czuję się w tym pacykowaniu skostniała – skuczałam jak ostatni potępieniec.
– A ja wierzę swojej intuicji.  Wierzę sobie, że jak siadam i knocę, to w którymś momencie tego knocenia, widzę, że coś chwyciłem i to „coś” dalej ciągnę.  A później do takiego obrazka dorabiam ideologię i wszystko trzyma się kupy – zaśmiał się z własnej wypowiedzi, lecz bez większego  przekonania.
– No więc czuję skostnienie i to, że nie ma już we mnie nic z dziecka.  To chyba starość…  –  dodałam sentencjonalnie.
– Bo ty nie potrafisz się bawić. Ja jeszcze ciągle robiłbym babki z piasku.  To nie jest kwestia starości.  To w człowieku jest.  Tylko, że gdzieś zasypane i trzeba to odgrzebać…
Filozofia  teoretyczna – pomyślałam, bo tyle to wiem sama. Takie proste… zwyczajnie odgrzebać…  też coś!
– Bo ty się boisz oceny.  Jest coś takiego, że człowiek chce się innym podobać.  Chce być akceptowany ze swoimi pomysłami, pracą.  A to nie jest konieczne żeby żyć.  Ja wcale się nie muszę podobać.  Im więcej osób mnie nie akceptuje, tym lepiej mi się żyje.  Jeśli mnie nie akceptują, to bardziej krytycznie patrzą na to, co robię.  Wtedy w duchu mówię: „a ja wam pokażę, że nie jest tak jak myślicie”.
Było nieco hipokryzji w tej wypowiedzi, ale mu ją wybaczyłam, mając na myśli fakt, że będzie musiał rzucić palenie.  Był już tym przyszłym niepaleniem lekko rozdrażniony.  Pociągnęłam temat:
– A może krępuje mnie technika, jak myślisz?
– Nie wiem, bo nie próbujesz innych technik.  Trzeba pobawić się temperą, bo na akwareli nie ma jak kombinować…  chyba, że ją połączysz z temperą. A kto powiedział, że technika ma być czysta?
– Nikt – odparłam rezolutnie.
– Skąd wiesz, że akurat nie podejdzie ci technika jakaś bardziej tradycyjna, na przykład olej czy akryl?

Rozmowa o malowaniu toczyła się dalej i dalej, ale ja kombinowałam jak przekształcić ją na monolog Henia, bo dzisiejszego wieczoru brak słodyczy do gorzkiej herbaty zrekompensować mogła jedynie jego opowieść.  Uwielbiam słuchać tych opowieści, czegokolwiek by nie dotyczyły.
Pośpiesznie wydobyłam swój notes z wierszem, z którego miałam nadzieję wywieść dopingujące go pytanie.

Rzekł Bóg do obu – tkacza i profana
że tkanina życia musi być utkana.
Założyłem obu tylko pierwszy wątek,
dla was całe tkanie, mój – tylko początek.

– Jak wyobrażasz sobie tkaninę swojego życia…?

– Wymyślam sobie tkaniny – zaczął snuć swoją opowieść, a ja przymknęłam oczy jak wtedy, gdy w dzieciństwie ojciec zaczynał mi opowiadać bajkę.
– Ileż lat projekty noszę w sobie…  Kołyszę, pieszczę, zapominam, wracam do nich.  Pomysł narodził się w 81 roku.  Ciągle do niego wracam.  Przeglądam szkice, które kiedyś zrobiłem.  Ani one dobre, ani złe.  Ale teraz już na pewno wiem, jaka ta tkanina ma być.  Wiem, że ją zrobię.  Tylko, że ona będzie już ostatnim moim dziełem…
Tkanina ta nie może być robiona na ramie, bo będzie miała szerokość 60 cm a długość ponad 100 metrów.  Czyli musi być realizowana na krośnie.  Idea jest prosta. Wszystko mam obmyślane do końca, tylko nie wiem, czym ona się skończy – tkanina, która ma ideę.  Ta idea pojawia się z kolejnymi metrami, ukonkretnia…
Zaczyna się od emocji.  Konkretnych.  Biało-czarnych.  Biało-czarne emocje…  nie ma żadnego cieniowania, waloru.  Bo w 81 roku świat polegał na emocjach.  Trzeba było się opowiedzieć – albo tu, albo tu.  Nie było „pośrodku”.  Więc biało-czarne, biało-czarne, biało-czarne…
Gdzieś z upływem czasu, na którymś tam metrze, zaczyna słabnąć czerń, a biel przestaje być biała.  Oba kolory wraz z metrami zbliżają się do siebie, aż w pewnym momencie przychodzi cała sekwencja, znów ileś metrów tkaniny, która jest szara.  Postacie płowieją na tyle, że zacierają się w tle tak jak we mgle.
Jest szarość… szarość…szarość przez jakiś czas, aż w tej szarości zaczyna pojawiać się kolor – nieśmiały, zupełnie jak we mgle…  Właściwie, to ledwie zapowiedź koloru w tej mgle.  Potem szarość zaczyna przybierać barwy, coraz mocniej, coraz wyraziściej, aż dochodzi do koloru pełnego.  Uderzenie pełnym kolorem i później… no właśnie… ciekawe co się dzieje dalej…
Taki jest pomysł tej tkaniny.  Długo nad nią myślałem. Tam będą różne zapisy z życia, przypomnienia, pewne stany emocjonalne, które się przeżywało… no i ta pełnia koloru…  Mam szalenie gorzkie doświadczenia życiowe i ta pełnia koloru wcale nie oznacza, że się cokolwiek spełniło…  to tylko się stało kolorowe…  jaki to ma sens dla mnie…  i jaki jest teraz stosunek do tego koloru…
I tu się zaczną zabawy z kolorem.  Teraz będą emocje nie w czerni i bieli, tylko w kolorze.  Czym ten świat jest dla mnie…  Ciekawe, w który to kolor pójdzie… Pewnie znowu w jakiś monochrom…

Tę tkaninę eksponowałoby się poziomo.  Oprócz wszystkiego czym ona jest dla mnie chcę, aby odbiorca też coś przeżył.  I pomyślałem, że ideałem jest labirynt.  Prowadzenie widza po labiryncie ma sens, bo labirynt jest symboliczną pielgrzymką.  No i gdzieś to rozwiązanie musi się znaleźć…  Sam jestem ciekaw siebie – jakie znajdę rozwiązanie dla tego labiryntu, dla tej drogi.  Bo jest to droga…
Rozwiesiłbym tę tkaninę w jakimś dużym pomieszczeniu, w jakiejś hali, trochę powyżej poziomu wzroku i wtedy mógłbym oglądać ludzi od dołu, od nóg.  Patrzyłbym gdzie zwalniają, gdzie się zatrzymują na dłużej, gdzie przechodzą dalej… bo to jest tkanina, która ma walor refleksji.  Będzie to coś w rodzaju jakiegoś notesu,  filmu…

To jest tkanina, którą chcę zrobić.   Dla siebie…
Przewiną się w niej wszystkie moje fascynacje.  Nie wiem, czy ludziom byłoby to potrzebne, ale taki jest mój zamysł.
Wypadałoby chociaż zacząć…  Właściwie, to ciągle ją „robię”…
Jestem konceptualistą.  Lubię, aby to miało związek z realnością i z teatrem, gdzie mamy umowność, gdzie mamy wyizolowany, zsyntetyzowany świat…  A poza tym lubię zaskoczenia, bo życie staje się barwniejsze, kiedy ludzie są zaskakiwani…
Wysłuchałam tej opowieści w najwyższym skupieniu.  Ocknęłam się, kiedy na chwilę zapadła cisza, ale nadal nie mogłam zupełnie dojść do siebie.   Jej symbolika była dla mnie oczywista i przejmująca.  I chyba wiem, że Henryk w rzeczywistości nawet nie zacznie tej tkaniny, bo ona jest już gotowa – w jego umyśle, sercu, duszy.  Pokazał mi ją w ten herbaciany wieczór bez frykasów i muszę powiedzieć, że nawet za nimi nie zatęskniłam…deadlinedeadline

3 komentarze to “Tkanina życia”

  1. Zdzisława Krawczyk | 5 listopada 2011 o 22:38

    Opowieść niezwykle sugestywna. Pod jej wpływem zaczęłam się zastanawiać, jaka byłaby
    moja tkanina życia. Chyba będę próbowała ją tkać /może nieudolnie/ przez długie jesienne
    wieczory. Dzięki za inspirację.

    • Hania | 8 listopada 2011 o 10:10

      Bardzo chciałabym tę Twoją tkaninę życia „zwiedzić” i zająć w niej parę wątków. To byłoby piękne. Ja już swoją cyzeluję w miarę sił i czasu. Życzę powodzenia i dziękuję najmocniej za odzew na mój apel.

  2. Bogusław Duszyński | 29 listopada 2011 o 17:56

    Bardzo ciekawy wątek „tkania” i „wątku”. Podglądanie widzów – gapiów to spoglądanie z zewnątrz. Czyli żeby coś dostrzec i zrozumieć trzeba wyjść z siebie, przekroczyć barierę dotykalnej rzeczywistości. Tkanina życia to tak wspaniała metafora, że na temat jej samej można nieskończenie pisać, marzyć, układać. Niewyczerpalne źródło inspiracji. Gratuluję tak poetyckiej prozy autorce opowiadania a Heniowi kreatywności.

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php