Jak malowałam pierwszy autoportret

Nie mam pojęcia jak to się stało, że ja – która zaklinałam się, że nigdy nie namaluję żadnego portretu, bo jest to dla mnie zbyt trudne zadanie – nagle wzięłam ołówek i jak gdyby nigdy nic, bez żadnych książkowych obliczeń, bez fotografii i bez lustra, nie kratkując, nie powiększając i nie odmierzając proporcji –  ot, tak, jakby rysowanie było dla mnie chlebem powszednim, naszkicowałam na zagruntowanym płótnie swoją twarz i całą resztę w jakimś trudnym do zidentyfikowania ludowym stroju. Potem wzięłam pierwszy raz w życiu do ręki akryle, które cierpliwie czekały na ten niezwykły dzień (!)  i po prostu zaczęłam malować.  Zrobiłam podmalówkę.  Po jej przeschnięciu na pierwszy ogień poszła twarz, jako najtrudniejszy element obrazu.  Przechodziła niesamowite metamorfozy.  Oczy stale znacznie się od siebie różniły, czasem miały lekkiego zeza, czasem któreś zapadało się zbyt głęboko, niekiedy patrzyły zbyt ostro, a niekiedy zbyt cielęco.  Zdarzało się, że na jednym z nich opadła powieka, drugie zaś patrzyło na mnie co najmniej ironicznie.  Nos, zrazu zbyt długi, musiałam skracać i skracać, jakbym była chirurgiem plastycznym.  Najszybciej uporałam się z ustami.  Jak dobrze jest mieć coś bardzo charakterystycznego w twarzy!  Szperałam po tej twarzy jak w starych szpargałach.  Bezustannie przemalowując, dążyłam do uchwycenia podobieństwa.  Równie dobrze mogłam zacząć od rysunku „twarzy” Kaczora Donalda, a i tak w końcu doszłabym do swojej własnej.  To szukanie było jednocześnie pasjonujące i irytujące.

Do rozjaśnień niektórych barw suto dodawałam bieli wprost z tuby.  Póki obraz był mokry i póki był wieczór, wszystko wyglądało świetnie, natomiast rano z portretu spoglądał na mnie mój własny trup.  Zerwałam się na równe nogi i zamalowałam mu całą  twarz kolorem zbliżonym do normalnego koloru skóry żywego człowieka białej rasy.  Dużo czasu upłynęło zanim znalazłam właściwe proporcje między rasą wściekle żółtą, szaleńczo czerwoną, a upiornie białą.  Odetchnęłam dopiero wtedy, kiedy najtrudniejszy etap – modelowanie twarzy – miałam już za sobą.  W porównaniu z tym co przeszłam, reszta to pryszcz i fistaszki.

Pierwsze dwa dni malowania, to było po kilkanaście godzin spędzonych przy sztalugach.  Policzki miałam rozżarzone do czerwoności, nie chciało mi się jeść, ani pić, ani odbierać telefonów.  Uspokoiłam się dopiero przy malowaniu spódnicy, a więc dolnej części obrazu.  I już myślałam, że gorączka minęła bezpowrotnie, kiedy zauważyłam, że na autoportrecie mam szyję długą niczym żyrafa.  Zaczęłam więc „skracać”, zawieszając na niej kolejne sznury czerwonych korali.  Przy którymś ze sznurów wyglądałam jak Masajka, a efekt żyrafiej szyi nadal trwał.  Rozpacz!  Setki wycyzelowanych do bólu koralików, trzeba była po prostu zamalować.  Poczułam się tak, jakby to ktoś mnie zamalował… .  No i zaczęła się polka z szyją.  Raz była brudna, raz miała tarczycowe wole, raz była stara, indycza i zupełnie nie pasowała do odmłodzonej o jakieś czterdzieści lat twarzy.  Skróciłam ją „doszywając” cały kawał bluzki.  Kiedy udało mi się zrobić najmożliwszy do przyjęcia modelunek szyi, nauczona przykrym doświadczeniem namalowałam nań już tylko dwa przypominające tasiemki  domyślne sznurki korali, w razie, gdyby znów trzeba było je zamalować… Skończyłam zmęczona i jednocześnie szczęśliwa, że pokonałam swoje lęki i niebawem pojawi się mój pierwszy prawdziwy rodzinny konterfekt.

A potem przyszedł Henryk…

Kiedy odsłoniłam obraz, zakrył usta dłońmi i dłuższą chwilę tak trwał.  Tego gestu zupełnie nie potrafiłam odczytać.  Nie był to ani zachwyt, ani przerażenie, ani nic pośredniego.  Zanim wypowiedział pierwsze słowa minęła wieczność.  Serce miałam w gardle i w duchu modliłam się, żeby nie kazał mi poprawiać twarzy lub szyi, bo tego bym nie przeżyła.

Pierwsze słowa dotyczyły tła – że jest jak deska.  Nie mogłam nie przyznać mu racji, bo ono i mnie denerwowało, tylko nie wiedziałam dlaczego.  Deska była malowana po bożemu, tak  jak maluje się deski – od góry do dołu, głębokim brązem z maźnięciami zielonych odblasków kasaczka.      – Dawaj farby! – zawołał.  Byłam półżywa ze strachu, ale dałam.  To się nazywa pełnia zaufania.  Wziął krótkiego szczeciniaka, namieszał w farbach i pac, pac, pac, pac, we wszystkie strony po mojej „desce”.  Tło rozedrgało się, ożyło.  Czy będę umiała je dokończyć?   Jeśli nie, to w każdej chwili można powrócić do tej cholernej deski…    Naiwnie myślałam, że na nieszczęsnym tle skończy się korekta i nastąpią pochwały. Wtedy stwierdził, że twarz i ręce są z dwóch różnych obrazów!  Tu już poważnie się zaniepokoiłam, żeby nie powiedzieć że wpadłam w panikę.

–    Tylko na miłość boską nie każ mi tknąć twarzy, bo tego za nic nie zrobię! – krzyknęłam i otarłam pot, który zaperlił się nad ustami.  Dostrzegł mój zdecydowany opór płynący ze śmiertelnego strachu i odpuścił mi poprawianie „twarzy porcelanowej lalki”  jak ją określił.  Ale nie odpuścił dłoni.  Miałam je poprawić w stylu twarzy – zlikwidować ciemne „młodopolskie” obrysy, zmiękczyć, „sporcelanić”.  Teraz nie pasowała chusta – miałam ją zrobić na „młodopolską” i obwieść ciemnymi liniami oraz podbić cieniem biust. Minęło parę dni.  Zmagałam się z tłem, nie mając pewności czy robię je jak trzeba.  Zaufałam intuicji .  Kiedy Henryk  przyszedł zobaczyć obraz w dziennym oświetleniu, tło mu się podobało .  Czekałam na następne nagany i się doczekałam!

–    Dlaczego nie malujesz po formie?  Przemaluj rękawy po formie i jeszcze powiem ci, że kompozycja biegnie zbyt po skosie, nie ma opozycji.

–    Zetnę tę spódnicę, przemazując suchym pędzlem w kolorze tła.

–     Koniecznie  zrób to.  Ale ręce  teraz bardzo korzystnie wyglądają.  Myślę, że w następnym obrazie musisz zrezygnować z konturów i malować plamą.  Nie rysować obrazu.  Malować obraz.  Ten obraz byłby dużo lepszy, gdyby był malowany, a nie rysowano malowany.  Tak można robić pastele .  No nic, ale Kaczor Donald górą!  Tak, to jest dużo lepsze, ale na twarzy masz zapalenie okostnej….   Są na to sposoby.  Błyśnij na tej chuście różem, ten cień się przez to pogłębi poprzez kontrast i puchlina zniknie.  I jeszcze zlikwiduj z lewej strony tę sterczącą chustę.

Wszystkie drobne poprawki robiłam na gorąco.  Na później zostawiłam tylko rękawy.    – Dużo lepiej, dużo lepiej…  Przede wszystkim portretu nie robi się w kilka dni.  Teraz obróć ten obraz na jakiś czas twarzą do ściany , a potem nagle odwróć i wtedy powiesz: –  ej, tu trzeba to poprawić, a tu to…

–     Wszystko nieważne.  Ważne, że się odważyłam..  A teraz pochwal mnie choć trochę.

–     Przecież powiedziałem wszystko.  Co ja tu jeszcze mogę powiedzieć?

–     Powiedz: Hanka, ale się odważyłaś!

–     To oczywiste!  Jak będzie zakończony, to może pochwalę…

Następnego dnia wzięłam się za rękawy.  Wyszły znakomicie.  Już można było obraz uznać za zakończony, kiedy zachciało mi się poprawiać usta…  I  zawaliła się cała twarz!!!  Wszystko od początku!!!  Nie da się opisać co czułam.  Cały dzień malowałam tę twarz z maniackim uporem, ale coś złego porobiło się z oczami – mam na myśli te na autoportrecie.  Jedno było moje, a drugie nie i nie umiałam go poprawić.  Wieczór zastał mnie przy sztalugach.  Byłam tak zdenerwowana, że trzęsły mi się ręce.  Stać mnie było jedynie na zamalowanie nie mojego oka beżową farbą!  Poszłam spać na wpół niewidoma…  Noc miałam niespokojną.  Następny dzień to była walka szczęśliwie uwieńczona sukcesem.  Po wyschnięciu obraz wydał mi się zbyt różowy, więc położyłam ochrowy laserunek i poszłam spać.  Poranek ściął mnie z nóg!!!  Na portrecie moja facjata była tak żółta, jak dwudziestu Chińczyków naraz.  Zamalowałam całą twarz na indiański kolor i byłam bliska płaczu.  Zadzwonił Henryk, że przyjdzie zobaczyć rękawy!  Zesztywniał, gdy zobaczył twarz…

Na wszystko jednak jest rada.  Rozrobiłam farby w kolorze ciała i nałożyłam na twarz „owsianą maseczkę”.  Nietknięte pozostały jedynie oczy i usta.  I zaczęło się „rzeźbienie”.  Znów cały dzień.  Rano następnego dnia twarz była piękna, jakby ją namalował Rembrandt, tylko policzki zapadnięte.  Jeszcze nigdy nie wyglądałam na tak zabiedzoną!  Rozjaśniłam zapadnięte miejsca i odzyskałam właściwe sobie krągłości.

Skończyłam malowanie po piętnastu dniach prawdziwej orki.  Wszyscy mnie pilnowali, abym znów nie zaczęła czegoś poprawiać.  A ja myślałam:  „i tak coś poprawię, niech no tylko sobie trochę odpocznę…”deadlinedeadline

Jeden komentarz to “Jak malowałam pierwszy autoportret”

  1. Przemek | 27 kwietnia 2015 o 20:43

    „Udręka i ekstaza”. Nie lubimy i nie chcemy udręki. Jeśli jednak jedyną drogą do ekstazy jest udręka, pójdźmy nią. Warto!

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php