I tak to się zaczęło…

Zupełnie nie pamiętam momentu kiedy to  się  zaczęło.   Zapewne wszystko w życiu przychodzi i mija w  sposób ciągły i niezauważalny.  Chyba, że jest to kataklizm, który spada na nas nagle i boleśnie. Od dziecka rysowanie i malowanie bardzo mnie pociągało, ale świat miał w sobie tyle tajemnic do odkrycia, że nie było możliwe zatrzymywanie się na dłużej przy jednym tylko zajęciu.  Z czasem nasączamy się wiedzą i doświadczeniami jak gąbka i wtedy wybieramy tylko najbardziej obiecujące oferty jakie podsunęło nam życie.   Zazwyczaj następuje to zbyt późno, zwykle wtedy, gdy czas zaczyna  przyśpieszać, kiedy silniej niż dotychczas odczuwamy jego przemijanie i zbliżanie się kresu życia.  Jednak przegapienie tego momentu, a co gorsze zaniechanie wejścia w nowy świat hołubionych dotąd marzeń, nie wróży nic dobrego.  Szczęśliwie wyposażona jestem we właściwość ciekawości świata oraz kultywowania swoich pasji.  To ona uratowała mnie od destrukcyjnej bezczynności w okresie po zakończeniu pracy zawodowej.

Z malowaniem było tak…  Najpierw malowałam maleńkie, niezwykle precyzyjne obrazeczki wykonywane z wielkim mozołem i w wielkim uniesieniu odwrotnie proporcjonalnym do ich formatu.  Bezwstydnie pokazywałam je Henrykowi (patrz menu „O mnie”), a on coraz żarliwiej namawiał mnie na większy format, implikujący rozmach i inny sposób podejścia do rzeczy.  Ja jednak z uporem tkwiłam w miniaturze.  Nie byłam jeszcze gotowa.  Wtedy z jakiejś okazji podarował mi książkę Briana Bagnalla „Jak rysować i malować”.  Ów podarunek otworzył mi wrota do innego świata.  Najpierw czytałam, później próbowałam przerysowywać co lepsze ryciny, aż w końcu doszłam do wykładu „krok po kroku” techniki akwarelowej.  Z jednej strony leżała otwarta książka, z drugiej papier, akwarelki i pędzelki, a nad tym wszystkim siedziałam ja sama z wypiekami na policzkach i krok po kroku przemalowywałam obrazek przedstawiający wazonik z kwiatami.

Format moich „dziełek” z obrazka na obrazek powiększał się, niejako „nabierały powietrza”, ale droga jaka się przede mną ścieliła, nadal wydawała mi się bardzo długa i wyboista.  Trudności są jednak stworzone jakby specjalnie dla mnie.  Nie zniechęcają mnie, uwielbiam je pokonywać, dodają mi niespożytych wręcz sił.  To, co ktoś inny uznałby za porażkę, mnie pchało do przodu, było tym, czym dla wierzchowca jest ostra, wbita w bok ostroga.  A porażek było sporo…

Pewnego razu Henryk wyjechał do rodzinnego domu w Tarnowie.  Zostałam z moim malowaniem sama.  Postanowiłam zrobić mu niespodziankę.  Długo i z wielką pasją malowałam obraz na całkiem już przyzwoitym formacie.  Podstawę stanowiła zrobiona przeze mnie fotografia fragmentu parku oliwskiego.  Obraz wydał mi się piękny, a już na pewno najpiękniejszy ze wszystkich jakie kiedykolwiek namalowałam.  Niecierpliwie czekałam powrotu krytyka, będąc bardzo ciekawa jego reakcji.  Reakcje objawiał on w sposób wyrazisty i bardzo szczególny.  Kiedy obraz okazywał się do niczego, głośno imitował odruchy wymiotne, kiedy zaś (z rzadka) coś go zadowalało, mówił swoje charakterystyczne „no, no” i nic więcej.  Ten oryginalny sposób krytyki bardzo mi odpowiadał, mimo, że zaliczam się do osób wrażliwych, a często przewrażliwionych.  Henryk długo bez słowa patrzył na moje dzieło.  Oczekiwałam, a właściwie byłam pewna, że zaraz padnie „no, no”.  Tymczasem po długim milczeniu pokazał na obrazie plamkę, która stanowiła może ze dwa procent całości obrazu i rzekł tylko tyle:  –  To miejsce jest dobre .   Nie muszę mówić jak trudne do przełknięcia było moje rozczarowanie.  Dziś owo zdarzenie stało się anegdotą, którą z wielkim upodobaniem opowiadam przy sprzyjających okazjach, ale wtedy było zgoła tragedią.  Poprawiałam obraz tak długo, aż w końcu dopięłam swego – padło wyczekiwane „no, no”.  Z czasem, kiedy już zaczęłam czynić nieco wyraźniejsze postępy, zmieniał się sposób krytyki uprawianej przez Henryka.  Stawała się merytoryczna. To niezbicie świadczyło, że moje zachowania malarskie nabierały  powoli cech malarskiego myślenia.  Malowałam nieprzytomnie dużo i z nieprawdopodobnym  zaangażowaniem.  Potrafiłam biec do domu, do moich papierów i farb, kiedy na ulicy dopadł mnie jakiś pomysł.  Czułam, że poszłam do przodu.  Henryk powoli zaczął milknąć.  Niemalże zaniechał krytycznych uwag i tylko się bacznie przyglądał.  Był to ostatni etap jego dydaktycznego planu.  Od tej chwili poczułam się niepewnie…

Toteż kiedy pewnego dnia przeczytałam w „Dzienniku Bałtyckim” niepozorne ogłoszenie, że Stowarzyszenie Nadbałtyckich Plastyków im. Mariana Mokwy w Gdańsku rozpoczyna nabór na kurs rysunku i malarstwa, natychmiast tam pojechałam i… zostałam.  To było  objawienie.  Kurs prowadziła nauczycielka malarstwa z Liceum Plastycznego w Orłowie p. Aleksandra Walicka.  Rysowanie ustawianych przez nią martwych natur było dla mnie nie lada wyzwaniem.  Czułam, że zaczynam uczyć się patrzenia z jednoczesnym widzeniem.  Poznawałam techniki rysunku ołówkiem, patykiem, piórem, węglem, sangwiną.

Henryka musiała zaboleć moja „zdrada”, bo   z przekąsem mawiał:  „Co, znowu byłaś  za murami i czego się tam nauczyłaś?”  (siedziba Stowarzyszenia mieściła się w budynku przy ul. Za Murami )  Muszę przyznać, że  robiło mi się przykro, bo przecież moja tam obecność zupełnie nie umniejszała zalet jego nauczania.  Dziesiątki lat zajmowałam się dydaktyką i potrafię ocenić poziom nauczania uprawianego przez inne osoby.  Sposoby nauczania  Henryka do tej pory uważam za znakomite – pełne inwencji, poszerzające horyzonty poprzez odwołania do historii sztuki, wycieczki na wystawy i ich omawianie, polecane lektury itp.  Moja zaś obecność na warsztatach malarstwa i rysunku „za murami”dawała możliwość obserwacji innych , wprowadzała element konkurencji, co dla samouka pracującego w pojedynkę było niezwykle ważne i popychające do przodu oraz umożliwiała zetknięcie się z jeszcze innymi metodami nauczania, co dla mnie, ze względu na mój zawód,  było szczególnie interesujące.

W Stowarzyszeniu poznałam parę osób o niezwykłych osobowościach, wielkiej indywidualności i ogromnej plastycznej wiedzy, które silnie wpłynęły na moje malarskie umiejętności.  Po pani Walickiej przyszła kolej na młode małżeństwo – Beatę i Mariusza Białeckich.  Beata z najwyższą lokatą ukończyła malarstwo na ASP w Krakowie u profesora Jerzego Nowosielskiego, zaś Mariusz prowadził pracownię rzeźby i był prodziekanem na wydziale rzeźby w gdańskiej ASP.  Zajęć z malarstwa prowadzonych przez Beatę oraz rysunku, którego uczył Mariusz, nie mogłam się doczekać.  Za każdym razem otwierały się przede mną nowe horyzonty,  nowe możliwości, zdobywałam cudowną, dotąd tajemną wiedzę, której przy całych moich samokształceniowych zdolnościach, polegających na korzystaniu jedynie z książek, na pewno nie poznałabym w tym stopniu.  Żywe słowo, pokaz, doświadczenie i dyskusja, to niezaprzeczalnie najlepsze sposoby zdobywania wiedzy.  Białeccy przyprowadzali modelki i modeli z ASP, którzy pozowali nam za składkowe pieniądze.  Były to chwile niezapomniane.  Pusta kartka przerażała tylko do chwili położenia kilku zasadniczych kresek, potem następowało absolutne wyłączenie, zostawała modelka czy model i ja.  Z uniesienia budził mnie Mariusz, który pochylał się nad rysunkiem, wypatrując swoim wprawnym okiem błędów i na nie zwracał moją uwagę.  Zawsze miał rację.  Czułam wręcz fizycznie, że moje oko naprawdę zaczyna widzieć formy, ich wzajemne relacje, proporcje i stawałam się coraz bardziej odważna.  Co więcej, kiedy rzucaliśmy nasze rysunki na podłogę, patrzyłam na nie i uprzedzałam w myślach krytykę Mariusza, chcąc w ten sposób sprawdzić czy dobrze potrafię ocenić prace kolegów, a tym samym i swoje własne.  Podobnie wyglądały zajęcia z malarstwa.  Beata w swojej krytyce była bezlitosna. To mi bardzo odpowiadało.  Czekałam również na wyraźne słowa pochwały, które usłyszane od znakomitej, już wtedy światowej sławy malarki, bardzo podniosłyby mnie na duchu.

Pewnego dnia nadszedł bardzo smutny moment.  Białeccy ze względu na zbyt duży nawał pracy (wystawy ogólnopolskie, wystawy zagraniczne oraz plenery ze studentami) zrezygnowali z zajęć w naszym stowarzyszeniu.   Wtedy, kilka najbardziej utalentowanych koleżanek i ja, uprosiłyśmy Beatę, by raz na miesiąc przyjeżdżała do domu jednej z nas na korektę naszych obrazów.  Zgodziła się.  To był piękny czas.  Omawianie obrazów przez Beatę i żarliwa malarska dyskusja, rozwinęły nas bardzo. Wreszcie przy zaprezentowaniu którychś z moich obrazów padły wygłoszone przez Beatę słowa pochwały, na które tak długo czekałam.  Były piękne i niezapomniane.

W Stowarzyszeniu poznałam też p. Zbyszka Szczepanka.  Zanim go poznałam, byłam wiernym „wzdychaczem” przed jego uroczymi akwarelami, wystawianymi w gdańskich galeriach sztuki.  Zajęcia z p.Szczepankiem obejmowały ponad trzydzieści godzin i była to następna epifania.  Pan Zbyszek okazał się niezrównanym gawędziarzem.  Opowiadał wspaniałe historie z własnego życia (pływał na okrętach marynarki wojennej, pracował naukowo w WSMW, uprawiał spadochroniarstwo, fotografię, pisał, itd.) i snując swoje opowieści, jakby od niechcenia plamił papier akwarelami.  Co z tego plamienia powstawało tego nie sposób opisać.  To były obrazy zjawiskowej wprost urody.  Na zajęciach nie ukrywał przed nami żadnych  chwytów akwarelowych.  Prostodusznie zdradzał je tak, jak czyni to prawdziwy, niezawistny mistrz.  Wiedzieliśmy,  że nawet znając owe chwyty i tak nie uda nam się go doścignąć w tej najtrudniejszej z malarskich technik.  Nadszedł dzień mojej klęski.  Pan Zbyszek zauważył moje malowanie i powiedział:  „Pani Haniu, ja niczego pani nie nauczę…”   Na mnie, która patrzyłam w jego malarstwo „jak w obraz”, dla której było ono niedoścignione, taka pochwała zadziałała…. paraliżująco.  Odpowiedzialność jaka nagle na mnie zaciążyła była zbyt duża do udźwignięcia.  Długo trwało zanim wróciłam do siebie i pędzel przestał wypadać mi z dłoni.

Po paru „stowarzyszeniowych” latach zaczęłam brać udział w corocznych przeglądach malarstwa i zdobywać na nich najwyższe nagrody Prezydenta Miasta Gdańska.  Moje trudy były dostrzegane przez profesjonalne jury, w skład którego wchodzili profesorowie gdańskiej ASP , historycy sztuki i profesjonalni malarze – wszyscy spoza stowarzyszenia.  Czułam się komfortowo jak każdy, kogo po latach pracy dosięga sukces, choćby tylko był to sukces na jego miarę.  Miałam kilka wystaw indywidualnych, wiele obrazów sprzedałam w galeriach Gdańska i Sopotu.  Obecnie mam przerwę w malowaniu.  Mam nadzieję, że istotnie jest to tylko przerwa… Pointę tej opowieści można zawrzeć w krótkim zdaniu:  warto realizować marzenia.deadlinedeadline

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php