Rada Pedagogiczna – satyra

Klasyfikacyjną Radę Pedagogiczną w zawodówce wyznaczono na sobotę.  Wszyscy byli wściekli, bo w soboty nie ma zajęć szkolnych, które ze względu na Radę mogłyby się urwać. Swoje niezadowolenie nauczyciele manifestowali niepunktualnością.  Co chwilę skrzypiały drzwi od świetlicy i wchodził ktoś z dziennikiem pod pachą i zakamuflowaną w reklamówce „rozrywką”.  Najczęściej  była to puszka z piwem, czasem tygodnik „Tina”, niekiedy „100 krzyżówek panoramicznych” i niezwykle rzadko jakaś książka. Dyrektorka za stołem okrytym zielonym  suknem (sukno już nie jest czerwone!) niecierpliwie stukała łyżeczką w szklankę bez ucha napełnioną gorącą kawą.  Gdyby Radę wyznaczono na zwykły dzień i zwolniono na tę okoliczność młodzież z zajęć, wszystko odbywałoby się niezwykle sprawnie – szkoda byłoby czasu na spóźnienia i rozwlekłe, jałowe dyskusje.  Wreszcie, z godzinnym opóźnieniem, Rada się zaczęła. Omawiano kolejno wszystkie klasy, oceny z przedmiotów i zachowania poszczególnych uczniów oraz ogólne sprawozdania o średniej ocen klasy, ilości ocen niedostatecznych na jednego ucznia, ilości godzin nieobecnych usprawiedliwionych na uczniodzień i uczniogodzinę, a przede wszystkim ilości godzin nieobecnych nieusprawiedliwionych w rozbiciu na poszczególne przedmioty nauczania oraz w rozbiciu na płeć uczniów mimo, że szkoła była męską.  Były to niesłychanie ważne wskaźniki.  Ich wnikliwe omówienie stanowiło bowiem jedyną gwarancję podniesienia poziomu nauczania i wychowania młodzieży.

Wszystko szło jakoś do przodu dopóty, dopóki wychowawczyni jednej z klas – koleżanka Pakuła,  nie zaproponowała obniżenia oceny ze sprawowania uczniowi Nochalowi.  Otworzyła dziennik lekcyjny i głosem  spikerki radiowej odczytała następującą uwagę wpisaną ręką koleżanki polonistki: „Uczeń Nochal podczas lekcji języka polskiego dłubie w nosie, robi kulki i strzela nimi z rurki długopisu w moim kierunku oraz w kierunku kolegów, zamiast brać czynny udział w lekcji.  Proszę o obniżenie uczniowi semestralnej oceny ze sprawowania”. Dykcję miała świetną, więc informacja dotarła do wszystkich, nawet do tych, którzy mieli już za sobą połowę zawartości puszki z piwem oraz tych, którzy byli zagłębieni w odgadywaniu  prostych krzyżówkowych haseł.   Oderwali się zatem od swoich rutynowych zajęć i pilnie nastawili uszu.  Jedynie mała, pulchna matematyczka, nie odrywając się od czytania ukrytej pod blatem stolika jakiejś cienkiej niebieskiej książeczki w sztywnych lakierowanych okładkach, wiedziała czym się to wszystko skończy…   –  Otwieram dyskusję na temat ucznia Nochala – poważnym tonem rozpoczęła pani dyrektor, bo też sprawa, która przez najbliższą godzinę miała zaprzątać Radę Pedagogiczną, była śmiertelnie poważna.  Nauczyciele przyjęli wygodniejsze pozy na twardych giętych krzesłach.

Pierwszy zgłosił się fizyk:   –    Chciałem zapytać koleżankę od polskiego czy owe kulki były spójne. Jeśli tak, to pod jakim kątem padały na podłoże.  Zaznaczam, że jest to bardzo istotna informacja z punktu widzenia mojego przedmiotu. W przypadku wysokiej spójności materiału wyjściowego użytego do strzelania, należałoby sądzić, iż zgodnie z prawami fizyki kulki odbijały się i kąt padania był równy kątowi odbicia.  Kontynuując rozważania, jeśli koleżanka wyznaczyła warunki początkowe czyli: kąt padania, punkt z którego kulki zostały wystrzelone oraz punkt w sali lekcyjnej, w którym koleżanka była łaskawa się znajdować, mógłbym bezbłędnie obliczyć, czy któraś z kulek mogła koleżankę ugodzić, a następnie zgodnie z prawem odbicia ugodzić inne osoby znajdujące się w sali, odrywając je od toku nauczania.  Byłby to bardzo dobry materiał dowodowy.  Dopiero wtedy moglibyśmy z całą odpowiedzialnością dać odpowiedź na pytanie, czy istotnie należy uczniowi Nochalowi obniżyć ocenę ze sprawowania.   Po wygłoszeniu tego zbyt zawikłanego – zwłaszcza dla nauczycieli przedmiotów humanistycznych wykładu  –  fizyk ciężko opadł na twarde gięte krzesło, nie odrywając przenikliwego wzroku od polonistki.

Polonistka była wyraźnie zdenerwowana.  Nie pomyślała wpisując uwagę do dziennika, by zebrać potrzebne dowody.  Tak jest, gdy nauczyciel kieruje się emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem.  Nie pozostawało jej nic innego jak uznać, że owe dowody absolutnie nie są potrzebne do rozwiązania palącego problemu i wszyscy powinni wierzyć jej na słowo.  Skoro jednak koleżanki i koledzy uważają, że jej słowo zupełnie się nie liczy, to ona nie widzi możliwości dalszej współpracy i zaraz po Radzie Pedagogicznej złoży na biurku dyrektorki podanie o zwolnienie.   Albo Nochal odejdzie z tej szkoły, albo ona!   Takie myśli kłębiły się w jej biednej polonistycznej głowie, ale postanowiła ujawnić je dopiero po zakończeniu dyskusji.  Ostatnia z nich miała być wypowiedziana patetycznym tonem, który – miała nadzieję – poruszy zatwardziałe nauczycielskie sumienia.  Z zamyślenia wyrwał ją głos dyrektorki:  –   Czy koleżanka zechce odpowiedzieć na pytania kolegi fizyka?  –   Wolałabym odpowiedzieć po zakończeniu dyskusji.  Pani dyrektor wyraziła zgodę.

Wtedy podniósł rękę następny dyskutant – nauczyciel przysposobienia obronnego, pułkownik w stanie spoczynku, który dorabiał w szkole do swojej i tak już wysokiej emerytury.  Poprawił okulary w grubej oprawie, przygładził sterczący włos na łysinie i głosem rytmicznym, jak na zajęciach z musztry wypowiedział swoje uwagi:

–     Koleżanki i koledzy.  Niezależnie od tego co powiedział kolega fizyk oraz koleżanka Pakuła, postuluję, aby nie obniżać uczniowi Nochalowi oceny ze sprawowania.  Postaram się krótko uzasadnić swój postulat.  Otóż uczę Nochala już drugi rok i w tym czazokresie (!) dość dobrze poznałem możliwości strzeleckie ucznia.  Na zajęciach ze strzelania, absolutnie nigdy nie potrafił obliczyć krzywej balistycznej i w związku z powyższym jego wyniki w strzelaniu były fatalne.  Sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie dostrzegał tarczy i strzelał gdzie bądź. Uważam, że uczeń Nochal, przy całej swojej niesprawności obronnej nie mógł celnie ugodzić ani koleżanki od języka polskiego, ani swoich kolegów.  Ładunki zapewne detonowały na tablicy, na meblościance,  tudzież na suficie, a w najlepszym przypadku w doniczkach z prymulkami.  Jeśli już należałoby mu obniżyć jakąkolwiek ocenę, to jedynie z matematyki, z uwagi na nieumiejętność przeprowadzania nawet tak nieskomplikowanych obliczeń, jak obliczenie krzywej balistycznej pocisku, niezależnie od materiału z jakiego jest zbudowany.  Kiedy pułkownik wypowiadał słowo „matematyka” pulchna matematyczka oderwała na moment wzrok od książeczki, ale stwierdziwszy, że nie uczy matematyki w klasie, do której uczęszcza Nochal i nie o jej ocenę chodzi, z uczuciem ulgi na powrót zagłębiła się w lekturze.  –    Proszę zatem zaprotokółować, że jestem zdecydowanie przeciwny obniżeniu uczniowi Nochalowi oceny ze sprawowania – dokończył swoją tyradę pułkownik.

–          Nic nie będziemy protokółować! – zakrzyknęła pani dyrektor głosem nie znoszącym sprzeciwu –  po dyskusji będzie głosowanie i zaprotokółujemy jego wyniki. Proszę o dalsze wypowiedzi.  Opadając na miękkie, wyściełane krzesło za stołem prezydialnym, popiła łyk gorącej kawy ze szklanki bez ucha, dotkliwie parząc sobie palce.  Syknęła z wściekłością łapiąc się za własne ucho, ale widać było, iż mimo bolesnego doświadczenia nie przyszedł do jej głowy pomysł, by przynajmniej na stół prezydialny zakupić filiżanki z uchem.  Jej myśli bez reszty zaprzątnięte były omawianym problemem.  Zdenerwowanie pani dyrektor udzieliło się nauczycielom.  Komuś spadła na podłogę krzyżówka, ale dyskretnie ukrył ją pod stopą, patrząc niewinnie wprost w oczy pani dyrektor.  Po chwili pod stolikiem potoczyła się pusta puszka po piwie, co również uszło uwadze dyrektorki z powodu ogólnego gwaru, jaki wywiązał się po wystąpieniu kolegi pułkownika.  Pulchna matematyczka musiała w swojej książeczce wyczytać coś bardzo zabawnego, bo zaczęła bezgłośnie chichotać.  Książeczka upadła na podłogę tytułem do góry.  To były  „Aforyzmy i sarkazmy”  Marka Twaina.

Pani dyrektor złowieszczo uniosła się na miękkim, wyściełanym krześle.  –   Czy ja komuś przeszkadzam?!  Może mam wyjść z tej sali, żeby państwu nie przeszkadzać?  – zadała równocześnie dwa retoryczne pytania na jednym oddechu z iście twainowskim sarkazmem.  Ktoś bardzo cicho szepnął pod nosem  „a idź w cholerę”.  Ktoś inny podniósł z podłogi dyskretnie nadepniętą krzyżówkę.  Kolega wuefista wykonał prawdziwie olimpijski skłon, delikatnie ujmując w dwa palce pustą puszkę po piwie i bezszelestnie umieszczając ją w swojej reklamówce.  Absolutna cisza, zupełnie jak podczas podniesienia, zaległa jednak dopiero wtedy, gdy podniósł rękę ksiądz katecheta.

–     Niech będzie pochwalony  –  zaczął swoją przemowę nieznośnie kaznodziejskim tonem.  –   Na wieki wieków – odpowiedziało niechętnie grono nauczycielskie.   –  Wracając do sprawy, chciałbym dołączyć swój głos do dyskusji.  Otóż w Ewangelii według  św. Mateusza czytamy:  „A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego…”  Tu ksiądz katecheta uczynił aktorską pauzę i po chwili od nowa podjął swoje kazanie.   –    Sądzę, że te słowa Ewangelii uszły uwadze koleżanki polonistki, w przeciwnym razie nie umieściłaby swojego zapisu w dzienniku lekcyjnym  w obecności wszystkich uczniów, a raczej upomniałaby ucznia Nochala sam na sam w jakimś ustronnym miejscu w szkole…

–      Poza ubikacjami nie ma takich miejsc! – zakrzyknęła z wigorem pani od technologii, nieświadomie biorąc w obronę koleżankę polonistkę.  –    Jak to nie ma! – oburzyła się chemiczka – a ciemnia fotograficzna?   –   Nie wiem czy koleżanka zauważyła, że odkąd kuratorium obcięło dotacje na kółka zainteresowań, ciemnia została zlikwidowana i przerobiona na dodatkową palarnię dla uczniów –  dodał kolega od elektrotechniki, przejmując od pani dyrektor sarkastyczny ton.  Na to cienkim głosem zapiała koleżanka rusycystka:   –    A pa kakuju sabaku im jeszczio dodatkowa paliarnia?  Taż mają na to całe boisko szkolne!    Czort  pabieri!  – zakończyła zdenerwowana.

Wtedy pani pedagog zerwała się z twardego, giętego krzesła i odrzekła z oburzeniem:   –   Ależ koleżanko!  Co też koleżanka mówi!  Chciałam zwrócić uwagę, że musimy dbać o zdrowie powierzonej naszej opiece młodzieży i w żadnym wypadku nie możemy pozwolić, aby w czasie mrozu wychodziła palić na boisko!  –    Tym bardziej, że spod petów w ogóle nie widać dziurawej bieżni – dorzucił głębokim sznapsbarytonem wuefista.  –     A po co koledze bieżnia, skoro na jej końcu nie ma budki z piwem? – zjadliwie zapiszczała gospodarka przedsiębiorstw – największa antagonistka wuefisty, by go ośmieszyć przed całym gronem. Wuefista odciął się czterema celnymi słowami:  Taka bieżnia jaka gospodarka!

Tego już było za wiele.  –    Proszę o spokój, proszę o spokój! – wrzasnęła pani dyrektor unosząc się z miękkiego,wyściełanego krzesła – w przeciwnym razie zarządzę przerwę w obradach i do jutra nie wyjdziemy z tej szkoły!  Wizja przedłużającej się do niedzieli Rady Pedagogicznej uspokoiłaby każde grono pedagogiczne, ale zgoła nie to, któremu dobro młodzieży, a zwłaszcza ucznia Nochala, leżało na sercu jak żadnej innej Radzie.  W tym gronie ksiądz katecheta zupełnie nie miał siły przebicia.  Raz po raz chrząkał, chcąc dokończyć swoją pięknie rozpoczętą myśl, ale jego wysiłki spełzły na niczym.  Z gardła dobywały się mu się jakieś nieartykułowane dźwięki, podnosił wysoko dłoń jakby chciał tym gestem rozpocząć prawdziwe kazanie na Górze, ale po kilku daremnych próbach opadła w bezsilnym geście na wyświechtaną w szkolnych murach sutannę.  Ciężko opadł na twarde, gięte krzesło i pogrążył się w głębokiej zadumie, a może nawet w modlitwie.

Wtedy, zupełnie jak Filip z konopi, wyrwała się egzaltowana histeryczna historyczka i donośnym, aktorsko płaczliwym tonem, zwróciła się do Rady w te słowa:     –  Kochane koleżanki i kochani koledzy!  Na miłość boską!  Opamiętajmy się i dajmy uczniowi Nochalowi ostatnią szansę!   Proszę was o to!  Ja ze swojej strony dołożę wszelkich starań, by dopilnować oczyszczania komór nosowych ucznia Nochala przed każdą lekcją języka polskiego!  Na dowód zamachała pełnym opakowaniem jednorazowych chusteczek do nosa zupełnie jak sztandarem pierwszej Międzynarodówki.  Włożyła tyle wysiłku w swoje słowa i gesty,  że na twarde gięte krzesło musiało ją delikatnie złożyć dwóch usłużnych kolegów.  Jeszcze nie było w tej szkole Rady, by histeryczna historyczka nie błagała w imieniu uczniów o ostatnią dla nich szansę.  Czasem ubłaganie ostatniej szansy równało się niedźwiedziej przysłudze, ale ona nigdy nie rezygnowała ze swojej misji, wypełniając ją najsumienniej jak potrafiła.   Zdarzyło się na przykład, że wybłagała u wuefisty ostatnią szansę dla ucznia, który przez cały rok nie chodził na zajęcia z pływania i na koniec roku dostał dwóję.  Historyczka tak długo molestowała kolegę wuefistę, że ten w końcu uległ i wielkodusznie zadecydował, że jeśli uczeń przepłynie 50 metrów kraulem, to poprawi mu ocenę.  Historyczka była wniebowzięta.  Nie miała pojęcia, że właśnie opróżniono basen…  Widok ucznia  „płynącego” po kafelkach na dnie basenu, jak widać niczego jej nie nauczył. Właśnie wyczerpana do cna wachlowała się pełnym opakowaniem jednorazowych chusteczek do nosa, gdy pani dyrektor zarządziła głosowanie w sprawie Nochala.

–          Kto z koleżanek i kolegów jest za obniżeniem oceny ze sprawowania uczniowi Nochalowi zechce podnieść rękę i nacisnąć przycisk.  Dziękuję.  Kto jest przeciw?  Dziękuję.  Kto się wstrzymał?  Dziękuję.  Stwierdzam, iż wniosek koleżanki Pakuły został przez Radę Pedagogiczną odrzucony większością głosów.  Na tym kończymy dzisiejsze posiedzenie Rady Pedagogicznej – ucięła krótko, bo bardzo śpieszyło jej się do domu.  Koleżanka polonistka wyszła niepocieszona, bo w ogóle nie dopuszczono jej do głosu.  Matematyczka była jedyną osobą, która wstrzymała się od głosu, ale nie mogła powstrzymać się od wybiegnięcia ze szkoły jako pierwsza.  W roztargnieniu zostawiła na stoliku przeczytaną książeczkę w sztywnych lakierowanych  okładkach, otwartą na stronie, gdzie zaznaczyła pomarańczowym markerem pewien aforyzm.  Pani dyrektor, wychodząc w pośpiechu, wzięła ją do rąk i przeczytała zaznaczenie, które rzucało się w oczy:  „Na początku Bóg stworzył idiotów.  Dla wprawy.  Następnie stworzył Rady Szkolne”.  Bez żadnej refleksji odłożyła książeczkę z powrotem na stolik i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i pełnego zadowolenia opuściła świetlicę.  Tego wieczoru stamtąd właśnie dobiegał szalony chichot sprzątaczek.  To one, sprzątając świetlicę po posiedzeniu Rady, znalazły książeczkę i czytały podkreślony aforyzm…deadlinedeadline

Jeden komentarz to “Rada Pedagogiczna – satyra”

  1. Lech Filipiak | 23 października 2011 o 17:28

    „Demaskatorska pasja Gabrieli Zapolskiej opisującej warcholstwo szlachty”, to temat wypracowania szkolnego z zamierzchłych czasów. Nie wiem dlaczego mi się to przypomniało. Związek powyższego tekstu z przytoczonym tematem jest raczej luźny, ale…
    Bardzo dobre, dowcipne opowiadanie. Przeczytałem trzy razy i nie żałuję. Trzy razy oglądałem też „Misia” Barei i dopiero za trzecim razem zobaczyłem w którejś ze scen na kolejowym dworcu ścienny zegar bez wskazówek.

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php