O Stasiu spadochroniarzu

W poprzedniej szkole powiedzieli Stasiowi „spadaj” i w ten oto prosty sposób Stasio stał się „spadochroniarzem”. W skoku na celność wylądował w pierwszej klasie naszej zawodówki. Strój miał prawdziwie spadochroniarski – festne i pięknie zasznurowane „w drabinkę” glany na grubej podeszwie amortyzującej twarde lądowanie, obcisłe spodnie i kurteczkę udającą skórzaną. Brakowało mu pilotki, gogli i… zeszytu do matematyki. Brak tego zeszytu natychmiast zauważyłam i on o tym wiedział. Znał też reakcje w miarę normalnego nauczyciela w takich przypadkach. Nie na darmo szkolił się osiem i pół roku. Patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem i czekał. A tu nic. Wyglądało tak, jakby mnie to wcale nie ruszało. Uśmiechałam się do niego jakby był słodkim aniołkiem, a nie spadochroniarzem. Wreszcie za nic się nie spada… Nigdy mnie jednak nie interesowało skąd i dlaczego jakieś cudo lądowało w klasie. Tamten okres nie istniał – życie zaczynało się od początku. Tak było i ze Stasiem. Ale on z pewnością myślał inaczej. Dlatego patrzył i czekał. Siłował się ze mną na wzrok, na zmarszczenie brwi. Wyobrażałam sobie jak bardzo był skonfundowany brakiem oporu materii…

Któregoś jednak razu stwierdziłam, że ta sytuacja wiecznie trwać nie może i  kiedy wszyscy byli zajęci rozwiązywaniem zadania, podeszłam do niego, położyłam mu rękę na plecach i cichutko szepnęłam do ucha:

– Cieszę się, że nareszcie mam kogoś z rewelacyjną pamięcią, kto nie musi notować wszystkiego w zeszycie… Uśmiechnęłam się najsłodszym z uśmiechów i odeszłam. Dokumentnie zgłupiał. A już był niemal pewien, że wstawię mu w dzienniku gola za coś, czego nie ma, gola za brak, gola za lekceważenie przedmiotu, gola za to, że się ze mną „siłuje”, choć powinnam wygrać walkowerem. A tu nic.

Pewnego dnia z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy, zgłosił się z jakąś odpowiedzią, udzielił jej w miarę prawidłowo, to znaczy na słabą trójczynę.  Wpisałam mu jednak do dziennika czwórkę „na wyrost”. Kątem oka zauważyłam jak cwaniacki uśmiech gaśnie. – Poczuł się głupio – pomyślałam i przeszłam nad tym zdarzeniem do porządku dziennego. Jeszcze przez dwie kolejne lekcje matematyki nie miał zeszytu, ale potem przyniósł zupełnie dziewiczy, starając się jednak ukryć go przed moimi oczami. Przecież był twardzielem i nie mógł pokazać, że tak szybko się złamał… No więc udawałam, że tego zeszytu nie widzę. Teraz czekałam na dalsze próby, jakie mi szykuje…

Nie musiałam długo czekać. Tuż po naszym psychologicznym „siłowaniu” do szkoły zawitał praktykant z wydziału matematycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku. Dyrektor spośród wszystkich matematyków naszej szkoły wybrał na opiekuna mnie. Praktykujące chłopisko było rosłe, dobrze zbudowane, słowem swoją budową zupełnie nie przystawało do wyobrażeń, jakie ludzie mają o matematykach. Bardziej przypominał studenta Akademii Wychowania Fizycznego niż nauk ścisłych. Pomyślałam więc, że świetnie będzie sobie radził z bandą chłopaków pod przewodnictwem uroczego Stasia, bo co chłop, to chłop.

Najpierw pan Mirek (tak miało na imię praktykujące chłopisko) siadywał w ostatniej ławce i bacznie obserwował jak się to robi, to znaczy jak naucza się matematyki chłopaków rozwydrzonych, którym raczej w głowie dyskoteki i panienki tudzież drobne kradzieże samochodów lub ich zawartości, niż na przykład trygonometria, którą właśnie zaczynaliśmy. Po mistrzowsku wplatałam w lekcje zaskakujące pytania, praktyczne zastosowania, czasem zgoła dowcipy, by tylko nie dopuścić do chwil znudzenia. Znudzenie bowiem generuje najgłupsze pomysły uczniów, rozprzężenie dyscypliny, z którą niedoświadczony nauczyciel nie potrafi sobie poradzić. Od czasu do czasu spoglądałam na mojego praktykanta. Śledził każde moje posunięcie i oczy robiły mu się coraz bardziej okrągłe. Banda szympansów zachowywała się jak grzeczne panienki z pensji panny Kowalczykówny, nie mając pojęcia kto obserwuje nasze „przedstawienie” z ostatniej ławki. Pewnie myśleli, że to ktoś z kuratorium… Pan Mirek powinien był zauważyć jak trzyma się w ryzach stado i jak podaje mu się matematyczną karmę.

Po kilku lekcjach uznałam, że dość już świecenia przykładem i pan Mirek pod moim czujnym okiem umieszczonym w ostatniej ławce, powinien dalsze lekcje poprowadzić sam. Poleciłam mu przygotowanie konspektów.  To była przyjemność, która nie miała sobie równych! Czułam się jak kapral wyżywający się na biednym rekrucie za swoje dawne męczarnie. Nareszcie nie ja robiłam tę parszywą robotę, robił to facet, a ja nie zamierzałam przymykać oka na niedociągnięcia jego katorżniczej pracy. Dałam krótkie wytyczne i czekałam co z tego wyniknie. Wynikło niewiele. Odrzuciłam pierwszy konspekt bezlitośnie. Drugi już przejawiał małe oznaki ożywienia umysłowego jego twórcy, mimo to został również odrzucony. Trzeci, zgodnie z zasadą „do trzech razy sztuka” był możliwy do przyjęcia, choć bardzo daleki od konspektów, jakie sama kiedyś robiłam, a które powinny być zdeponowane jako wzorzec konspektu w Sèvres koło Paryża. Stwierdziłam, że pan Mireczek prędzej stanie się czekoladowym tortem niż napisze konspekt na wzór i podobieństwo mojego, więc dałam mu spokój, sądząc, że przynajmniej lekcje poprowadzi śpiewająco. Lekcje jednak były dokładnie na poziomie konspektu. Roiło się w nich od rzeczowych błędów, które pakował do głów chłopaków z takim przekonaniem, iż zachodziła obawa, że zmieni ich szybko z umysłowych trzylatków w umysłowych jednokomórkowców i takich zostawi mi w spadku, sam ewakuując się do Słupska. Toteż co rusz zrywałam się z miejsca i leciałam do tablicy, by natychmiast odkręcać to, co Mireczek nakręcił, zanim obumrze część komórek mózgowych w moim stadzie. Podczas omawiania lekcji stawałam się katem. To był jedyny sposób, aby potrząsnąć całym jego jestestwem, a przede wszystkim głową. Wreszcie chłopina jakby zaskoczył. I wtedy zaczęłam się nudzić…

Pewnego dnia, kiedy pan Mireczek robił już wrażenie nauczyciela, pomyślałam, że mogę spokojnie na parę minut urwać się z lekcji i wyskoczyć do sklepu naprzeciwko szkoły po drobne zakupy. Tak też uczyniłam, wierząc święcie, że poradzi sobie tak z materiałem nauczania jak i z niespełna rozumu uczniami, w tym ze Stasiem.

Myliłam się bardzo. Oto co zastałam, wracając do klasy równo z dzwonkiem na przerwę. Sala lekcyjna zaścielona była białymi papierkami, zupełnie jakby przeszła przez nią potężna zamieć śnieżna, w drzwiach zrobił się prawdziwy korek, tak szybko wszyscy naraz chcieli opuścić salę, a pan Mireczek trząsł się jak galareta z zimnych nóżek i zobaczywszy mnie poprosił o papierosa, czego przedtem nigdy nie czynił, bo był człowiekiem niepalącym… Te fakty, zarejestrowane przeze mnie natychmiast, pozwoliły wysnuć prosty wniosek, że coś wstrząsającego musiało zajść na styku nauczyciel – uczniowie. Nie wiedziałam tylko co. I nie musiałam wiedzieć. Kiedy wyciągnęłam w stronę rozstrzęsionego nauczycielskiego zalążka rękę z papierosami, nagle obok nas, jak spod ziemi, wyrósł Staś, który opuszczał salę lekcyjną ostatni. – Też bym chętnie zapalił – powiedział, spoglądając na paczkę carmenów. Nietrudno było odgadnąć, że od nowa podejmuje próbę sił i teraz chce mi dołożyć przy odartym z jakiegokolwiek autorytetu świadku. Nie mogło być mowy, żeby mi się nie udało!

Moja intuicja włączyła się jak silnik Porche i ruszyłam do przodu z całym impetem. Zdarzenia poszły jak lawina. Wyciągnęłam rękę z paczką papierosów w kierunku spragnionego. Wyskubał jednego. Wyjęłam z torby zapałki, zapaliłam i podsunęłam mu płomyk. Pan Mirek zbladł. Spragniony Staś wyciągnął dziób, by zapalić wyjętego z mojej własnej paczki papierosa!!! Z ruchu na ruch napięcie rosło. Przed samym finałem, uśmiechnąwszy się , zgasiłam zapałkę tuż przed jego nosem ze słowami: – Stasiu drogi, a ja myślałam, że jesteś dżentelmenem… Dżentelmen pod żadnym pozorem nie przyjmie ognia od kobiety. Tak mi przykro. A teraz włóż papierosa z powrotem i idź na przerwę…

Staś patrzył na mnie jak zahipnotyzowany. Powolnym, jakby sennym ruchem, umieścił nieszczęsnego papierosa w mojej paczce, powiedział przepraszam (!) i opuścił salę. Na samą myśl, że mógłby tego nie uczynić do dziś robi mi się słabo. Wtedy spojrzałam na pana Mirka. Papieros w ręce mu drżał, oczy miał okrągłe i dziwnym głosem, na granicy bezdechu, zapytał: – Jak pani to zrobiła… ?

Nie mam pojęcia czy pan Mirek wróciwszy po praktyce do Słupska nie zmienił kierunku studiów. Myślę, że powinien był to uczynić. Jeżeli komuś po lekcji i „próbie Stasia” trzęsą się ręce i musi zapalić „cudzesa”, nie powinien uczyć w szkole.deadlinedeadlinedeadline

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php