Klasówka

Klasówka w trzeciej Liceum Zawodowego. Badanie przebiegu zmienności funkcji. Zadania dałam typowe, bez złośliwych „haków”, nietrudne. Rutynowe przygotowania i już piszą. Stoję i patrzę na pochylone głowy. Od czasu do czasu, któraś z nich podnosi się znad kartki, spotykają się nasze spojrzenia, po czym natychmiast opada. Nudzi mnie wypatrywanie ściągających. Może nie powinnam być nauczycielem? Może na każdej klasówce należy być zimnym egzekutorem i patrzeć na nich oczyma śledczego? Nie wiem. Zresztą wystarczy zaledwie musnąć okiem ten znieruchomiały ludzki monolit, by natychmiast wychwycić najmniejszy ruch. Jakież to proste. Zbyt proste, aby bawiło. Patrzę więc na nich, lecz nieco inaczej niż zazwyczaj. Patrzę na każdego z osobna.

Mój wzrok zatrzymuje się na Marii, jednej z trzech dziewcząt w tej klasie. Jest bardzo słabiutką uczennicą. Widzę jej drobną sylwetkę, pochyloną nad kartką papieru. Siedzi w czwartej ławce środkowego rzędu. W tym samym miejscu siedziałam przez ostatnie dwa lata liceum… To spostrzeżenie napełnia mnie jakąś dziwną melancholią. Maria nosi okulary. Zsunęły się nieco. Jej policzki są zarumienione z napięcia. Nie wie, że na nią patrzę. Nie próbuje ściągać. Bardzo mnie to cieszy. Zauważyłam, że kupiła sobie nowe spinki do włosów – białe, w drobne, kolorowe kwiatki. Ładnie wyglądają przy jej ciemnych, puszystych włosach splecionych w długi warkocz. Z tym warkoczem jest taka niedzisiejsza… Maria jest skromna, cicha i nieprawdopodobnie pracowita. Za wszelką cenę, chce pokonać swoją umysłową niemoc. Widać to na każdym kroku. Na przerwach nieodmiennie stoi pod ścianą i mozolnie coś „wkuwa”. Tylko czasem półprzytomnymi oczyma spojrzy na szalejących kolegów, by znów zatopić się w czytaniu. Nie zdarzyło mi się zauważyć, by w inny sposób spędzała przerwę. Ilekroć mam jej wystawić ocenę semestralną toczę ze sobą prawdziwą walkę. Powinna być dwójka, ale… Nie ma żadnych „ale”. Biorę na dogrywkę bez świadków. Nie chcę, by ją deprymowali ironicznymi uśmieszkami. Może uda mi się uczepić jakiegoś sensownego zdania które wypowie. Chcę w ten sposób uspokoić swoje sumienie, a poza tym muszę „zachować twarz” przed klasą. Zadaję bardzo proste pytanie. Najprostsze z żelaznego repertuaru. Maria odpowiada jednym tchem, bez zająknienia. Wzory recytuje z pamięci, tyle, że nie te, o które ją właśnie pytam. Kiedy ma któryś z nich zastosować w prostym zadaniu – absolutna klęska. Po paru minutach tych zmagań, dochodzę do przerażającego wniosku – ona umie na pamięć rozwiązania wszystkich zadań z zeszytu! To tak, jakby nauczyć się na pamięć trzydziestu stron chińszczyzny, nie rozumiejąc ani jednego „krzaczka”! Zgroza! Nagle uświadamiam sobie jak potworną pracą okupuje swój pobyt w szkole. Tylko dlaczego? Dlaczego wybrała szkołę o profilu technicznym, nie mając do tego żadnych predyspozycji?

Przerywam przepytywanie. Maria jest przerażona. W jej oczach, w całej postawie, uwidaczniają się paniczne pytania – dlaczego tak nagle przestałam ją pytać? Przecież cały czas mówi i pisze! Czegóż ja jeszcze mogę od niej chcieć? Widzę, że nie pojmuje mojej reakcji. Nagle wstaje z krzesła. Duże, szare oczy wezbrały łzami i po chwili zaczerwienione z emocji policzki zrobiły się mokre. Niekłamana rozpacz. Rozpacz zupełnie nieadekwatna do sytuacji, która ją wywołała. Jestem zdumiona i wstrząśnięta. Nie ma co zwlekać. Proszę, by z powrotem usiadła. Uciszam jej rozdygotane ręce w swoich dłoniach. Powoli uspakaja się na tyle, że można podjąć rozmowę. Pytam, czy szczególnie lubi któryś z wykładanych przedmiotów. Zaprzecza. Jest w tym szczerość, ale i szczypta lęku.

Niekiedy zdarza się, że o wyborze szkoły decyduje jej bliskość od miejsca zamieszkania. W przypadku Marii ten argument nie wchodzi w rachubę, mieszka bowiem na tyle daleko, iż na zajęcia warsztatowe musi wstawać o czwartej rano! Pytam, co zamierza robić po ukończeniu szkoły i po zdaniu matury. Tym pytaniem powinnam zupełnie ją uspokoić. – Chcę iść do klasztoru – odpowiada bez namysłu. Tym bardziej nie rozumiem dlaczego wybrała szkołę techniczną. Czy do zakonu trzeba iść najbardziej wyboistą drogą? Czyżby sama wyznaczyła sobie swoją Golgotę? Maria nie potrafi lub nie chce wyjaśnić mi swoich motywów. Niewiele informacji daje mi ta dziwna rozmowa, gdyż znowu wybucha płaczem i krzyczy: – Nie mogę mieć dwójki, nie mogę! Mama mnie zabije!

To już zupełnie zbija mnie z tropu, ale obiecuję, że porozmawiam z jej matką. Wtedy wpada w autentyczne przerażenie – mama mnie zabije! Mama mnie nienawidzi! Czuję, że zabrnęłam w obce mi rewiry, że brak mi przygotowania, by nadal prowadzić tę rozmowę, szarpiącą nerwy nas obu. Wiem tylko jedno, że to dziecko zostało skrzywdzone ponad wszelką miarę. Nie pamiętam kto powiedział zdanie, które wtedy przyszło mi na myśl, że „krzywdy nie mierzy się odczuciem tego, który ją wyrządził lecz wrażliwością tego, który jej doświadczył”. Poprosiłam, aby przez chwilę poczekała na korytarzu. Musiałam choć przez moment pozostać sama, aby się uspokoić i jakoś przetrawić ten dramat. Oczywiście dwójki nie postawiłam. Od tamtego czasu Maria niewiele się zmieniła. Nadal „kuje”, nadal jest bardzo cicha i skromna. Tyle, że kiedy na mnie spojrzy, zawsze się uśmiechnie.

Dziś patrzę właśnie na nią. Pisze z zapamiętaniem. Raz tylko spojrzała znad kartki i uśmiechnęła się tym uśmiechem, który dziwnym ciepłem obejmuje moje serce. Pomyślałam, że już najwyższy czas, porozmawiać z nią o tym wszystkim, czego kiedyś nie potrafiłam zrozumieć. Mój wzrok prześlizgnął się po głowach. Myślę, że chciałabym wiedzieć, ilu z nich potrzebuje pomocy, serdecznej rady i rozmowy, po której twarz rozjaśni się znajomym uśmiechem. Żal mi tych, którzy denerwują się tak bardzo, że aż mają wypieki na policzkach. – Och, jakie to mało ważne, czy napiszecie, czy nie napiszecie tej cholernej klasówki – myślę w cichości ducha. Dzwonek wyrywa mnie z zadumy. Po zebraniu prac otaczają mnie ścisłym wianuszkiem.

– Pani profesor, jak naprawdę powinien wyglądać wykres? – pytają.

– Jak wieczne falowanie – odpowiadam.

Zostawiam ich skonsternowanychdeadlinedeadline

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php