Czasem śni mi się szkoła…

W kwietniu 1998 roku, a więc niemal dokładnie czternaście lat temu, zauważyłam na okładce tygodnika „Wprost”  zdjęcie nauczycielki z dziennikiem pod pachą, w tle drzwi do pokoju nauczycielskiego, wbitą w nie siekierę oraz tytuł, który przyciągnął moją uwagę: „Wojna w szkole – uczniowie kontra nauczyciele”.

Słowo „szkoła” zawsze mnie elektryzuje.  Wszak jestem nauczycielem w stanie „emerytalnego wypoczynku” i nic co szkolne nie jest mi obce.  Temat wydał mi się interesujący. Gazetę kupiłam i artykuł wnikliwie przeczytałam.  Muszę powiedzieć, że byłam  prawdziwie zdumiona swoją umiejętnością przewidywania.  To, o czym pisałam zaledwie sześć lat wstecz, a była to odpowiedź na pytanie „co dalej ze szkołą?” –  stało się faktem.  Przytoczę tu moje zapiski:

  „ Co dalej?  Nie trzeba być wielkim futurystą, aby wiedzieć co będzie dalej.  Dalej będzie regres, stan nauczycielski będzie (jak zwykle) spauperyzowany, do zawodu przyjdą (jak zwykle) życiowi nieudacznicy, nauczyciele będą dorabiać „na czarno” korepetycjami, a w szkole tak będą uczyć, by te korepetycje stały się nieodzowne.  O tym co stanie się z młodzieżą lepiej wcale nie wspominać […] System edukacyjny na jaki się „nadziałam” staje się w postępie  geometrycznym systemem przerażająco tolerancyjnym.  Stawia  się pozytywne oceny za najbardziej bzdurne i dyletanckie wypowiedzi, jakie może sobie wyobrazić w miarę normalny nauczycielski umysł.  Toleruje się zachowania coraz gorsze i gorsze.  Uczniowie są relegowani ze szkoły za kradzież i rozbicie co najmniej trzech samochodów, niebawem – dopiero za morderstwo.  Już do tego blisko, bliżej niż się nam wszystkim zdaje…”.

W omawianym artykule przeczytałam, że uczeń szkoły zawodowej zaatakował swojego nauczyciela historii nożem i pałką, że dziewiętnastoletni uczeń trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego ranił siekierą trzy nauczycielki  (co również podawała telewizja) i że wszystko to działo się w obecności pozostałych uczniów, którzy przyglądali się w milczeniu bez jakiejkolwiek reakcji.  W innej szkole, w Poznaniu, pojawiła się kartka z napisem „nauczyciele do siekiery”, na którą uczniowie wpisywali nazwiska znienawidzonych nauczycieli.  Diagram jaki podało „Wprost” pokazał przerażający wzrost przestępstw nieletnich w latach 1994 – 1997.  Nie były to zwykłe wykroczenia szkolne, bo takie miały miejsce zawsze, ale przestępstwa kryminalne takie jak zabójstwa, uszkodzenia ciała, bójki i pobicia oraz gwałty popełniane w szkołach, parkach, lasach, na ulicach i drogach.

Byłam zbulwersowana owymi danymi i czytając artykuł,  przypominałam sobie własną szkołę i pierwsze symptomy  sytuacji, która właśnie stała się faktem.  Wiele z nich opisałam na kartkach moich dzienników, dopatrując się przyczyn w fatalnych wręcz postępkach i zachowaniach nauczycieli, którzy niestety byli moimi wspólpracownikami.

Pamiętam matematyczkę, która jak nikt inny potrafiła zupełnie bezkarnie robić z uczniami rzeczy kwalifikujące ją do wpisania na listę „nauczycieli do siekiery”.  Wtedy jednak takich list nie było, ale uczniowie odreagowywali w inny sposób.  Po jej lekcji w moim gabinecie zauważyłam, że na ostatniej ławce widnieje napis:  „X. jest k… kto jest za niech postawi krzyżyk”.  Cała ławka pokryta była krzyżykami!  Innym razem, kiedy wzięłam do rąk ekierkę w klasie wybuchł śmiech.  Nie miałam pojęcia dlaczego, a uczniowie nie chcieli mi tego zdradzić.  Przypadkowo spojrzałam na ekierkę.  Wszystko stało się jasne.  Znów taki sam napis, jaki był na ławce.  Nie było wyjścia, musiałam zająć stanowisko, bo cała klasa z zainteresowaniem czekała co będzie.  Przerwałam lekcję i uświadomiłam moich uczniów, że nauczyciel jak każdy człowiek ma swoje zmartwienia i problemy często nie związane ze szkołą i nie zawsze jest w dobrej kondycji. Podzieliłam się z nimi swoim doświadczeniem na temat jak trudno jest nieraz pokonać zmęczenie, zapomnieć o jakichś poważnych sprawach domowych i ile wysiłku wymaga opanowanie się, przywołanie uśmiechu i serdeczności dla rozbrykanych i nie zawsze przyjemnych uczniów.  Słuchali w ciszy, jak zawsze, gdy mówiłam o czymś, co odbiegało od tematu lekcji, a co, jak zauważałam, bardzo ich interesowało i było im niezwykle potrzebne.  W ten sposób starałam się pobudzać ich do zrozumienia innych osób, do empatii, do mądrej tolerancji. Powiedziałam, że wypisywanie na ławkach i ekierkach tego typu słów bardzo źle świadczy o autorze, bowiem to, że się kogoś nie lubi absolutnie nie jest dostatecznym powodem do używania słów, które pasują do osób z marginesu społecznego, a nie do skądinąd sympatycznych i kulturalnych uczniów.  To ostatnie stwierdzenie było czystą demagogią, ale połknęli i poczuli się nagle sympatyczni i kulturalni.  Czasem opłaci się pochwalić ucznia na wyrost, czego nie docenia znaczna większość nauczycieli.

Niebawem przez przypadek dane mi było poznać przyczynę napisów i rysunków na ławkach, ekierkach, na kartkach wsuniętych między szyby okienne …

Opisywana matematyczka „uczyła” syna nauczycielki angielskiego.  Koleżanka poprosiła mnie, abym pomogła mu w  matematyce, bo nic nie rozumie z lekcji, a matura tuż tuż.  Rzecz jasna nie mogłam odmówić tej prośbie, choć przeczuwałam, że jej spełnienie nie będzie łatwe.  Na pierwszym spotkaniu zajrzałam do jego zeszytu, by zorientować się czego nie rozumie.  Zobaczyłam pięknie wypisane i podkreślone kolorowym pisakiem tematy lekcji, wyszczególnione daty, a pod spodem jedynie zapiski typu: „strona ta i ta wiersz 3 do wiersza 38”.  Okazało się, że matematyczka uczyła tzw. „metodą paznokciową”, uczniowie pilnie przepisywali podręcznik a ona w tym czasie  czytała gazetę, patrzyła w okno albo robiła manicure!  Na następnej lekcji odbywało się wielkie przepytywanie i wystawianie ocen niedostatecznych.  Skandal!  Hańba!  Ale cóż z tego, gdy pani X była w szkole przedziwnie nietykalna.  Powodów nie będę tu dociekać…

. Pamiętam też panów, którzy potrafili prowadzić lekcje w stanie nieważkości, bez żenady ziejąc odorem alkoholu wprost w twarze słuchaczy wieczorowego technikum.  Pamiętam wuefistę, który bił uczniów po twarzy, gdy tylko coś nie było po jego myśli.  Pamiętam wiele innych incydentów, które potwornie mnie irytowały i powodowały, że unikałam wszelkich nauczycielskich imprez, nie czując się na siłach spędzać z  nauczycielami mojej szkoły więcej czasu niż to było nieodzownie konieczne.    Nie można było zatem spodziewać się innego finału jak ten, o którym czytałam w omawianym artykule z tygodnika „Wprost”.

Gdyby to, co działo się w mojej szkole pomnożyć przez ilość szkół w kraju, okazałoby się jak ogromny jest problem niewłaściwego doboru kadr nauczycielskich.  Moim zdaniem, prestiż zawodu nauczycielskiego nie obniża się jedynie z powodu żenująco niskich płac, jak starają się sugerować niektórzy dziennikarze.  Choć ten przykry fakt ma kolosalne znaczenie. Przyczyn jest znacznie więcej i są one dużo głębsze.

Nie należy zapominać, że nieskazitelny autorytet moralny nauczyciela, jego osobowość, osobista kultura, intuicja, wrażliwość, rzetelność wiedzy jaką musi reprezentować, pomysłowość w pracy oraz co najważniejsze – sympatia do dzieci i młodzieży jest tym, co decyduje o sukcesach pedagogicznych.  Warunkiem koniecznym przepływu prądu elektrycznego jest różnica potencjałów na końcach przewodnika.  To prawo fizyki jest uniwersalne.  Wiedza i kultura może przepłynąć jedynie wtedy, gdy między nauczycielem i uczniem będzie różnica poziomów – intelektualnego i moralnego…

Ostatnio wszędzie docieka się przyczyn poważnego wzrostu agresji wśród młodzieży.  Jako o przyczynach tego stanu rzeczy można tu mówić o schedzie po komunistycznym systemie, o komercjalizacji życia, o zgubnym wpływie filmów przemocy, o negatywnych skutkach gier komputerowych.  Wszystko to prawda.  Ale moim zdaniem,  najwyższą agresję rozbudza zbyt długo trwająca bezsilność uczniów wobec fatalnego traktowania ich przez wielu nauczycieli.  Wiem z długoletniego doświadczenia, że czasem nauczyciele doprowadzali do tego, że uczeń przypominał szczelnie zamknięty szybkowar, w którym gotuje się i wrze.  Mało tego, widząc co się dzieje, jeszcze bardziej podsycali pod nim ogień…  Nic więc dziwnego, że kiedyś musiała nastąpić eksplozja.

Po 20 latach wrócę do teraźniejszości…

Kiedy zauważam w prasie jakikolwiek artykuł na temat szkoły, czy najogólniej rzecz biorąc polskiej edukacji, natychmiast kupuję tę gazetę, niezależnie od tego do jakiej opcji politycznej jest ona podczepiana.  Dla mnie najważniejszy jest temat.

W numerze z dn. 5-11 marca br. tygodnika „Uważam Rze” w dziale „Opinie” znajduje się  artykuł prof.Aleksandra Nalaskowskiego  pt.  „Głupotą zabić szkołę”.  Każdy, komu polska oświata leży na sercu powinien koniecznie i bardzo uważnie ów artykuł przestudiować.  Gorąco zachęcam!

Autor artykułu uważa, że polska szkoła poddawana jest eutanazji i podaje szereg przyczyn, które moim zdaniem brzmią całkiem wiarygodnie.

Na przykład zgadzam się z twierdzeniem, że „kolejne rządy oraz ich premierzy byli zawsze (zawsze!) bardziej zajęci utrzymaniem się u władzy i grami politycznymi niż jakąkolwiek refleksją historyczną.  Nic więc dziwnego, że za rządów prezydenta historyka i premiera historyka, szkolna historia kona ku uciesze tych, którzy nie znoszą wkuwania dat i już nie mogą ścierpieć gadania o kuternodze Sowińskim.  Z wyjątkiem inteligenckich buntów i krytyki prawicowej prasy, nikt się tym nie interesuje.  Bo w końcu od lepszej szkoły benzyna nie potanieje.”

To, że „kolejne rządy wobec oświaty zachowywały się bezrefleksyjnie”  nie ulega wątpliwości.  Od samego początku mojej pracy w szkole, wciąż się ją reformowało (czyt. psuło).  Stale dotykały nas jakieś eksperymenty ( w Gdańsku miał miejsce eksperyment pani Jundziłł) i zmiany, czynione bez ładu i składu.  Dawały one ich twórcom wysokie nagrody, jednocześnie zaś skutecznie demontowały ciągłość nauczania obowiązującą w przekazywaniu każdej wiedzy, nie tylko szkolnej.  Ów demontaż  był na tyle irytujący, że co bardziej odważni nauczyciele pisali listy do twórców eksperymentów, wykazujące szkodliwość ich zabiegów i wyrażające gorący sprzeciw.  Obieg owych listów był taki, że w końcu odważni lądowali na dywaniku dyrektora szkoły, a w „Arkuszach spostrzeżeń o pracy nauczyciela” pojawiały się wpisy odcinające ich od wszelkich nagród i odznaczeń.

I chyba istotnie jest tak, jak pisze w omawianym artykule prof.Aleksander Nalaskowski, że „każdy szef resortu szkolnego starał się pozostawić po sobie ślad w postaci reform i „koniecznych” w oświacie zmian […], których jedynym skutkiem było usuwanie, uszkadzanie lub doprowadzanie do gnicia wcześniej przywołanych metaforycznych podkładów kolejowych.  Ostatecznie dzieła zniszczenia (już resztek) szkoły dokonywała reforma Katarzyny Hall, której nieodpowiedzialności nie da się tu nie zauważyć.  Ostatecznie bowiem usunęła resztkę dobrych podkładów, pozostawiła gnijące, rozkręciła szyny i kazała puścić po nich szkolny pociąg.  Jej następczyni już tylko podniosła lizak, zagwizdała i dała znak odjazdu”.

Jakie popełniono błędy:

  • Pozbawiono młodych ludzi zainteresowania historią poprzez ukazywanie jej dwuznaczności i wpychanie nam w biografię genetycznego antysemityzmu,  „zbrodni” Powstania Warszawskiego, wyśmianie i zepchnięcie do niszy harcerstwa jako „obciachowego” oraz faszystowskiego, stałe i metodyczne obniżanie rangi Kościoła, na nieustającej krytyce IPN kończąc.
  • Zmieniono strukturę szkoły na model 6+3+3.  Ostatnia trójka (3-letnie licea ogólnokształcące) oznacza zrujowanie  fundamentalnego celu „ogólniaków” jakim było budowanie zaplecza inteligencji. Zamiast tego należy oczekiwać niedouczonych i bezrefleksyjnych absolwentów.
  • Brak reakcji kadr nauczycielskich na szkodliwe i bezmyślne reformy polskiej szkoły.
  • Likwidacja szkół, które się „nie opłacają”.

Tym razem moje własne obserwacje na ten temat prowadzę z innej perspektywy, jaką tworzy fizyczne oddalenie od szkoły (emerytura).  Kiedyś szkolne sprawy oglądane i przeżywane „od środka” mogły powodować sądy bardziej subiektywne.  Obecnie w większym stopniu stać mnie na obiektywizm.

Kiedy zbliża się okres egzaminów maturalnych, w gazetach drukowane są zestawy matematycznych zadań dla liceów ogólnokształcących.  Zrazu z  wielką ciekawością rozwiązuję je, by się sprawdzić, czy jeszcze pamiętam…  W miarę zapoznawania się z ich treścią ciekawość ustępuje miejsca irytacji.  Zadania są idiotyczne łatwe i nawet, jeśli były nauczyciel miałby początki Alzheimera, rozwiązałby je „z palcem w bucie”.  Przypominają pytania z konkursów audiotele i są adresowane do uczniów o poziomie chorej psychicznie małpy.  Jeśli przy takim stopniu „trudności” zadań maturalnych są jeszcze osoby, które matury nie zdają, jasnym jest, że szkoła jest w stanie agonii.

Wśród moich znajomych jest profesor politechniki – wybitny naukowiec.  Stwierdził on, że na egzaminie ustnym pytania jakie stawia studentom są najpierw „normalne”.  Kiedy nie może wydobyć na nie odpowiedzi, daje coraz łatwiejsze.  Ten zabieg nie pomaga w najmniejszym stopniu.  W końcu egzamin odbywa się w oparach absurdu, padają bowiem pytania absurdalnie proste, niemal z zakresu tabliczki mnożenia… Na politechnice!!!

– No i co?! Nie wyrzucasz takich studentów za drzwi? – zapytałam z wielkim oburzeniem.

– Musiałabym wyrzucić przynajmniej połowę! Jak to sobie wyobrażasz? Trzeba by zamknąć politechnikę!

Z dalszych rozmów na ów temat wynikało, że frustracja nauczycieli akademickich jest bardzo głęboka, bo nie mogą oni udźwignąć ciężaru odpowiedzialności.  Nie dziwi mnie już, że coraz częściej słyszy się o katastrofach budowlanych, zarywających się stropach, mostach itp.

Moim zdaniem tak zwane „szkoły luzu”  doprowadziły już do tego, że (cyt.) „leniwym, bezkarnym nieukom, nie wolno psuć życiorysu repetami, a narcystycznego lesera trzeba posyłać do psychologa, natomiast wandalowi pogrozić palcem”.  Nigdy nie godziłam się z twierdzeniem, że szkoły takie właśnie być powinny.  Moje stosunki z prezentującą ten pogląd pewną osobą z kręgów pedagogicznych, uległy znacznemu ochłodzeniu przez mój zdecydowany odpór, jaki dawałam jej argumentom.  Nie przekonywały mnie w najmniejszym stopniu.  Argument, że „w Stanach… że w Szwecji… że na Zachodzie…”  to nie był dla mnie żaden argument.  Byłam cierpliwa i nieprzemakalna na jej  totemiczną wiarę w Zachód.  I cóż, wszędzie tam obecnie dąży się do odstąpienia od modelu „luzu w szkole”.  Obawiam się czy nie za późno…

Minął tydzień i znów w „Uważam Rze” czytam o szkole, o tym jak chory system edukacji i zablokowany rynek pracy, niszczą marzenia o normalnym życiu.  Autor artykułu „Złapani w pułapkę” Marek Magierowski między innymi pisze tak:

Podczas spotkania informacyjnego dla gimnazjalistów w jednym z dużych warszawskich liceów dyrektorka kilkakrotnie uprzedzała uczniów i rodziców: jeszcze nie wiemy czego będziemy uczyć we wrześniu.  Na jej twarzy malowała się szczera troska.  Tak jakby chciała przeprosić za coś, co nie leżało w jej kompetencjach.  W istocie – pani dyrektor będzie jedynie wykonywała polecenia Ministerstwa Edukacji Narodowej. […] W nadchodzącym roku szkolnym czeka nas kolejna reforma, która w założeniu powinna lepiej przygotować nastolatków do dzikiej konkurencji na rynku pracy i pomóc im w wyborze kariery.  W rzeczywistości ma ich zmusić do podjęcia decyzji w sprawie swojej zawodowej przyszłości w wieku 16 lat.  Dentyści i ortopedzi – na lewo, prawnicy i ekonomiści – na prawo, inżynierowie – klasa Ia, poeci – Ib itd…”

Czasem śni mi się szkoła, w której kiedyś uczyłam, w której przeżyłam tyle satysfakcji.  Tęsknię za młodzieżą… Przyjmują mnie na nowo do pracy i wtedy zwykle się budzę…  Wraca świadomość… i cieszę się, że to był tylko sen.deadlinedeadlinedeadline

2 komentarze to “Czasem śni mi się szkoła…”

  1. Przemek | 2 kwietnia 2012 o 03:39

    Miałem możliwość zetknięcia się z kilkoma systemami edukacyjnymi w trzech krajach – w Polsce ( osobiste doświadczenie ), a także za pośrednictwem córki, w Szwecji i w Kanadzie, gdzie uczyła się od poziomu elementarnego do akademickiego. Trzy kraje i cztery systemy ustrojowe – komunizm ( Polska z okresu mojej edukacji ), COŚ co zmierza do modelu demokracji zachodnich lecz jest jeszcze w okresie „poczwarki” ( Polska współczesna ), system państwa opiekuńczego reprezentowany przez partię SAP ( Socialdemokratiska Arbetarepartiet ) w Szwecji i szeroko pojęty system demokracji zachodniej w Kanadzie.

    Społeczeństwo klasoweZastanówmy się, proszę, co jest wspólną cechą współczesnych systemów ustrojowych i systemów edukacyjnych. Jest nią niewątpliwie klasowość. Dla celów dalszych wywodów użyję bardzo uproszczonego modelu klasowego – elity i masy. Role tych dwóch klas są diametralnie różne. Rolą elit ( przywódcy ) jest udział w zarządzaniu państwem i kontrola nad masami ( podwładni ), rolą mas jest wykonywanie poleceń wydanych przez elity oraz produkcja. Nie mogłem się powstrzymać od załączenia obrazka, autorstwa Michała Tkaczyka, który przedstawia powstanie społeczeństwa klasowego. Klasowość systemów edukacjnych polega na istnieniu dwóch grup odbiorców edukacji równoważnych klasom ustrojowym – elit i mas.
    Jaka jest zatem rola edukacji w systemach ustrojowych? Idealiści utopijni, tacy jak Ty Haniu i ja w okresie mojej młodości, twierdzą, że jest nią umożliwienie najwyższego poziomu wykształcenia dla wszystkich obywateli. Nic bardziej odległego od rzeczywistości !!! Przekonali się o tym boleśnie komuniści w Polsce. Wyższa świadomość społeczna lepiej wykształconych mas nie wyszła im na dobre.
    Tak, jak i Ciebie Haniu – przeraża mnie poziom edukacji w Polsce. Niestety, pogłębianie się tego stanu rzeczy wydaje się być naturalne. Władzom nie zależy na wyedukowanych masach, które mogłyby stać się źródłem ich upadku.

    • Hania | 3 kwietnia 2012 o 14:55

      No cóż, wypada ze wszystkim się zgodzić. Nic dodać, nic ująć.
      Twój komentarz przypomniał mi czasy komuny, kiedy to wbrew rzeczywistości starałam się moich uczniów czegoś nauczyć. Ponieważ był to okres, kiedy młodzież płci męskiej (a moja szkoła była szkołą męską) bardzo interesowała się kulturystyką, w gabinecie matematycznym zamiast hasła: „Młodzież w szeregach ZSMP, to przyszłość naszej socjalistycznej ojczyzny” powiesiłam: „Matematyka – kulturystyką umysłu”, a na lekcjach, kiedy uczniowie nie byli wcale , albo byli miernie przygotowani do zajęć, mówiłam: „Nie będziecie się uczyć, to będzie łatwiej wami manipulować. A przecież o to chodzi”. Bogu dzięki dobrze rozumieli co do nich mówię, bo przynajmniej przez jakiś czas uczyli się nieco lepiej. A potem wystarczyło już tylko od czasu do czasu przypomnieć o co chodzi…
      A dziś? Dziś czytam, co na temat edukacji myśli prof. Staniszkis: „Likwidacja solidnego nauczania historii na rzecz jakiś czytanek, które dają interpretację a odbierają znajomość faktów, koszmarne uzawodowienie edukacji przy ograniczeniu multidyscyplinarności, to koniec marzeń o rozwoju kraju”. Zatem już nawet nie można sobie pomarzyć… ech…

Dodaj komentarz

Cytaty

css.php